Pięć pokoleń
Spis treści
- Wstęp
- Pięć pokoleń – Rozdział I
- Pięć pokoleń – Rozdział II
- Pięć pokoleń – Rozdział III
- Pięć pokoleń – Rozdział IV
- Pięć pokoleń – Rozdział V
- Pięć pokoleń – Rozdział VI
- Pięć pokoleń – Zakończenie
- Pięć pokoleń – Aneks I
- Pięć pokoleń – Aneks II
- Pięć pokoleń – Aneks III
- Pięć pokoleń – Aneks IV
- Pięć pokoleń – Aneks V
- Pięć pokoleń – Aneks VI
- Pięć pokoleń – Aneks VII
- Pięć pokoleń – Aneks VIII
- Pięć pokoleń – Aneks IX
- Pięć pokoleń – Aneks X
- Pięć pokoleń – Aneks XI
- Pięć pokoleń – Aneks XII
- Pięć pokoleń – Aneks XIII
- Pięć pokoleń – Aneks XIV
Wstęp
Historia naszej rodziny jest rezultatem moich długich poszukiwań.
Składają się na nią dokumenty odnalezione w archiwach, księgi parafialne, akta urzędowe i notarialne, dokumenty szkolne i uniwersyteckie, listy, fotografie, a także to, co przez pokolenia zachowało się w rodzinnej pamięci.
Nie wszystko udało się wyjaśnić. W niektórych miejscach dokumenty pozwalają stwierdzić z całą pewnością, co się wydarzyło, ale w innych pozostają tylko poszlaki.
Są też rodzinne opowieści, których prawdziwości nie potrafię dzisiaj udowodnić, ale których nie chcę odrzucać tylko dlatego, że nie zachował się potwierdzający je dokument.
Historia ta obejmuje kilka stuleci i jest opowieścią o dwóch rodzinach:
Frischmanów i Baranieckich.
Te dwie rodziny połączyły się w 1867 roku małżeństwem moich pradziadków – Augusta Frischmana i Wandy Salomei Baranieckiej.
Opowiem więc o pochodzeniu tych dwóch rodzin, o ich losach na przestrzeni niemal dwustu lat.
Opowiem o Baranieckich i Frischmanach, którzy żyli, pracowali, doświadczali sukcesów i porażek oraz radości i smutków.
To jest opowieść o nas!
Opowieść o naszej Rodzinie!
Pięć pokoleń – Rozdział I
Frischman, czy Frischmann?
Już sama pisownia nazwiska może powodować pewne zamieszanie.
W dokumentach spotykamy zarówno formę Frischman, jak i Frischmann, czasami również de Frischmann.
Nie jest to niczym niezwykłym.
W XVIII i XIX wieku pisownia nazwisk nie była jeszcze tak ustabilizowana jak dzisiaj i ta sama osoba mogła pojawiać się w różnych dokumentach pod nieco inaczej zapisanym nazwiskiem.
Za podstawową formę przyjmuję Frischman, ponieważ właśnie w taki sposób nazwisko Georga zapisano w dokumencie z 1727 roku, od którego rozpoczyna się udokumentowana historia naszej rodziny.
Nie znaczy to jednak, że inne formy są błędne.
Adolf – brat mojego pradziadka Augusta – używał pisowni de Frischmann.
Także w późniejszych dokumentach rodzinnych spotykamy dwa „n”.
Dlatego w tej historii zachowuję taką formę nazwiska, jaka występuje w konkretnym dokumencie.
Georg Frischman i rok 1727
W Węgierskim Archiwum Narodowym znajduje się niezwykły zbiór zwany Libri Regii — Księgami Królewskimi.

Zapis nadania szlachectwa Georgowi Frischmanowi w księdze Libri Regii.
Są to księgi, do których wpisywano kopie ważniejszych dokumentów wystawianych w imieniu monarchy. Zbiór obejmuje dziesiątki tysięcy wpisów, w tym nadania szlachectwa i herbów. Węgierskie Archiwum Narodowe podaje, że 73 tomy zawierają około 38 tysięcy wpisów oraz prawie trzy tysiące barwnych przedstawień herbów.
I właśnie tam znajduje się dokument dotyczący Georga Frischmana – potwierdzający jego nobilitację.
Został wystawiony przez cesarza Karola VI w Laxenburgu 3 maja 1727 roku.

Karol VI Habsburg
To pierwszy znany mi dokument, od którego można rozpocząć historię Frischmanów.
Georg był prowizorem księcia Paula Antona Esterházyego z Galanty. Dokument mówi o jego wiernej służbie, ale — co dla nas szczególnie ważne — wymienia również członków jego rodziny: żonę Katharinę Händlein oraz dzieci.
Dokument źródłowy zamieszczony jest w Aneksie XIV.
Ten sam herb pojawia się później na bilecie wizytowym Adolfa de Frischmanna, żyjącego w XIX wieku w Rumunii.
Wszystko wskazuje na to, że chodzi o tę samą rodzinę, jakkolwiek brakuje nam jeszcze kilku ogniw genealogicznego łańcucha.
Pierwsze pokolenie – Johann i Zofia Frischman
Johann Frischman, urodził się około 1755 roku, a zmarł 5 lutego 1840 w Stryju.
Należał do grupy niemieckich kolonistów, którzy w latach 1782-1787 osiedlili się na Bukowinie na mocy tzw. Patentu Józefińskiego wydanego 17 września 1781 roku przez cesarza Józefa II Habsburga.
Dokument ten, dotyczył między innymi kolonizacji słabo zagospodarowanych obszarów monarchii.
Nazwano ją „kolonizacją Józefińską”, a tych którzy ją stanowili „Niemcami Józefińskimi”.
Choć głównym punktem docelowym tej akcji była sąsiednia Galicja, to objęła również nowo przyłączoną do Imperium Habsburgów, Bukowinę.
Johann Frischman został kontrolerem rewidentem w Cesarsko-Królewskim Pomocniczym Urzędzie Celnym w Zurinie /k.k. Hilfs-Zollamt zu Zurin/ koło Czerniowiec.
Urzędnik na tym stanowisku weryfikował i podpisywał księgi celne prowadzone przez poborcę.
Był żonaty z Zofią, której nazwiska panieńskiego nie znam.
W chwili śmierci był już wdowcem.
W akcie zgonu odnotowano, że przed śmiercią Johann był świadomy i opatrzony świętymi sakramentami.
Pochowano go już następnego dnia /6 lutego/. Pogrzeb prowadził proboszcz-administrator parafii, ks. Jan Zawadzki.
Johann zmarł na puchlinę wodną, którą mogła spowodować niewydolność serca.
Miał 85 lat. W Stryju, na Ukrainie, spędzał swoją emeryturę.
Można przypuszczać, że z Bukowiny, przeniósł się tam do swojej córki Anastazji, zamężnej za Bazylim Lewickim.

Akt zgonu Johanna Frischmanna
Drugie pokolenie – potomstwo Johanna i Zofii
Johann i Zofia mieli troje dzieci:
1. Franz ur. 1797
2. Antoni ur. 1799, zm 1851
3. Anastazja ur. 1798 (?)
Ad 1.

Franz Frischman
Franz urodził się w 1797 roku w Zurinie na Bukowinie, koło Czerniowiec. Tam gdzie pracował jego ojciec.
W sierpniu 1990 roku napisałem do archiwum w Wiedniu z prośbą o informacje dotyczące Franza Frischmana.
Franz Frischmann
A oto odpowiedź, którą otrzymałem:
Pismo z archiwum wiedeńskiego dotyczące Franza Frischmana
W sprawie Pańskiego wniosku z dnia 3.8.1990 roku, dyrekcja Austriackiego Archiwum Skarbowego Sądu Dworskiego informuje, że zgodnie z Dokumentami Sądu Dworskiego Nr. 2512, 77 z maja 1834 roku, Pański przodek /tj. Franz Frischman/ przyszedł na świat w 1797 roku w miejscowości Zurin na Bukowinie.
Po ukończeniu edukacji gimnazjalnej, rozpoczął naukę w administracji publicznej. 23 lipca 1818 roku zatrudniono go w urzędzie powiatowym w Zaleszczykach, w funkcji praktykanta kancelarii. 19 marca 1830 roku awansował na stanowisko podwładnego Komisarza ds. Podatków Żywnościowych w Inspektoracie Majątkowym w Zaleszczykach.
Władał niemieckim, polskim, ruskim [ukraińskim?] i rumuńskim, wg raportów był bardzo pilnym pracownikiem, z moralnego punktu widzenia nie można mu było nic zarzucić.
W 1834 wnioskował o przydzielenie mu funkcji kierownika urzędu pocztowego Czerniowiec – bez skutku.
W 1840 roku proponowano mu awans na stanowisko podinspektora, co zostało jednak zablokowane przez wyższe urzędy. Rzekomo dopuścił się licznych „nieprawości” i „kierował się kryminalnymi sugestiami swojej małżonki”, stąd też nie nadawał się na urząd podinspektora.
W kolejnym roku został pozbawiony stanowiska, a przeciwko niemu skierowano postępowanie sądownicze. Ponieważ był ojcem 6 nieletnich dzieci, otrzymywał państwową zapomogę na czas wyjaśnienia sprawy.
Głównym zarzutem skierowanym przeciwko niemu było, że jako urzędnik skarbowy pobierał zbyt niskie opłaty podatkowe z gorzelni.
Prawdopodobnie w trakcie tego procesu doszło do rozwiązania stosunku pracy z nim. Zgodnie z protokołem, w maju 1842 roku starał się o ponowne zatrudnienie – najwidoczniej bez skutku, ponieważ w następnych aktach brak o nim jakiejkolwiek adnotacji.
Niestety nie zdołaliśmy odszukać żadnych innych informacji na jego temat w pozostałych aktach.
Dyrekcja Archiwum Skarbowego i Kamery Dworskiej
[podpis nieczytelny]
Jest to dokument o tyle fascynujący, co zagadkowy.
Kim był człowiek, który przez ponad dwadzieścia lat robił karierę w administracji cesarskiej, znał cztery języki, uchodził za pilnego i uczciwego pracownika, a następnie nagle został usunięty ze służby?
I co właściwie oznaczało zdanie, że kierował się „kryminalnymi sugestiami swojej małżonki”?
Te pytania pozostają na razie bez odpowiedzi.
Jego żoną była Marcjanna Fuchs.
Pobrali się w Zaleszczykach 23 września 1824 roku.
Marcjanna urodziła się 22 listopada 1808 roku.
Jej ojcem był Bernard Fuchs, chirurg, urodzony 14 marca 1780 roku, a matką Rozalia, urodzona 1 listopada 1786 roku.
Sprawa wymaga nieco szerszego wyjaśnienia.

Akt ślubu Franza Frischmana i Marcjanny Fuchs
Otóż, tak jak wspomniałem, Franz został oskarżony, że pobierał zbyt niskie opłaty podatkowe z gorzelni.
Chodziło o prawo propinacji.
Dziś, dla większości ludzi, termin „prawo propinacji” niewiele znaczy, ale w dziewiętnastowiecznej Galicji była to sprawa szczególnie ważna.
Prawo propinacji obejmowało produkcję i sprzedaż alkoholu, a związane z tym opłaty stanowiły istotne źródło dochodów.
W latach 1830–1840 w Galicji działało 4981 gorzelni, a produkcja stuprocentowego spirytusu przekraczała 600 tysięcy hektolitrów.
Franz nie odpowiadał zatem za jakąś błahą opłatę administracyjną. Kontrolował dochody państwa pochodzące z działalności o wielkim znaczeniu gospodarczym.
Zarzut, że pobierał od gorzelni zbyt niskie podatki, był więc poważny.
Pozostaje jednak znacznie bardziej osobiste pytanie:
Można z dużą dozą prawdopodobieństwa przypuszczać, że w wyniku tego zdarzenia Franz wraz z córką Leontyną Anną przeprowadzili się do Janowa Gródeckiego.
Tam też w 1852 roku umarła Leontyna. Miała zaledwie 20 lat a przyczyną śmierci były – jak to często wtedy bywało – suchoty.
Co się stało z Marcjanną – żoną Franza – nie wiadomo.
Czy pozostała w Zaleszczykach i czy w ogóle pozostała żoną Franza – na te pytania nie mam odpowiedzi.
Data i miejsce zgonu Franza – jak do tej pory – też pozostają nieznane.
Można przypuszczać, że zmarł w Janowie Gródeckim.
Ad 2.
Antoni – brat Franzanie jest naszym bezpośrednim przodkiem, ale jego historii nie chcę pomijać, bo co by nie powiedzieć stanowi część historii Frischmanów.
Tym bardziej, że wiąże się z niewiarygodnym wręcz zdarzeniem, które wyjaśniam w Aneksie II.
Urodzony w 1799 roku, a zmarły 11 listopada 1851 roku we Lwowie. Żonaty był z Magdaleną Scheller albo w pisowni węgierskiej „Selley”, córką Józefa.

Akt zgonu Antoniego Frischmanna
Mieli dwoje dzieci.
Pierwszym był Juliusz de Frischmann, urodzony 18 sierpnia 1818 roku w Zaleszczykach. Juliusz ożenił się z Alojzą Guznar.

Akt urodzenia Juliusza de Frischmanna
Ich dziećmi byli:
Juliusz Honoracy Antoni de Frischmann, urodzony 25 maja 1858 roku w Sibu, Rumunia
Adolf Alexander Karol Frischmann, urodzony 1 listopada w Sibu, Rumunia
oraz Maria Alojza de Frischmann, urodzona 29 grudnia 1866 w Alba Julia, Alba, Rumunia
Drugim dzieckiem Antoniego i Magdaleny była Antonina Emilia Frischmann, urodzona 30 października 1819 roku w Zaleszczykach.
Jej mężem był Maksymilian Nowicki, syn Józefa i Józefy z domu Pociechańskiej. Ich ślub odbył się 15 listopada 1840 roku w Śniatynie.

Akt ślubu Emilii Frischmann i Maksymiliana Nowickiego
Co ciekawe – zarówno Maksymilian jak i jego ojciec Józef byli farmaceutami.
Ten zawód przewija się cały czas w rodzinach Frischmannów.

Akt urodzenia Juliusza Honoracego Antoniego de Frischmanna
Ad 3.
Anastazja
Trzecim dzieckiem Johanna i Zofii była Anastazja Frischman, urodzona około 1798 roku, późniejsza żona Bazylego Lewickiego.
Była matką bliźniaków – Hermana Leona i Alberta Rudolfa urodzonych 7 kwietnia 1838 roku w Stryju. Albert umarł 12 września 1839 roku.

Akt urodzenia synów Anastazji Frischmann Lewickiej – Hermana Leona i Alberta Rudolfa

Akt zgonu Alberta Lewickiego syna Bazylego i Anastazji
Trzecie pokolenie – potomstwo Franza Frischmana i Marcjanny Fuchs
Marcjanna – ta sama, która później doniosła do władz, że jej mąż pobiera od gorzelni za niskie podatki – miała w czasie ślubu niepełne 16 lat, ale proboszcz napisał 17.
Akt ślubu Franza Frischmana i Marcjanny Fuchs
Franz miał 27 lat, czyli był starszy o 11 lat od swojej młodziutkiej żony.
Mieli sześcioro dzieci.
1. Emilia, ur. 9 kwietnia 1825 r.,
2. August Jan, ur. 11 listopada 1826 r. w Zaleszczykach, zm. 2 listopada 1880 r. w Dynowie,
3. Adolf, ur. 19 maja 1828 r. w Zaleszczykach
4. Leontyna Anna, ur. 29 listopada 1832 r., zm. 17 lutego 1852 w Janowie Gródeckim obw. Lwowski,
5. Paulina Antonina Waleriana, ur. 27 listopada 1833 r. w Zaleszczykach, zm. 12 sierpnia 1921 w Żywcu-Saybusch w parafii Narodzenia NMP
6. Marianna Józefa, ur. 1 grudnia 1835 w Gorlicach.
Kilka słów o każdym z dzieci Franza i Marcjanny.
Ad 1. Emilia
Urodziła się 6 miesięcy po ślubie, co może tłumaczyć decyzję o tak wczesnym zamążpójściu jej matki, która jak wspomniałem, w czasie ślubu nie miała ukończonych 16 lat.
Poza tym, nie ma o niej – jak na razie – żadnej informacji.
Ad 2. August Jan

August Frischman

Akt urodzenia Augusta Frischmana
Studia farmaceutyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1853 roku.
Zachował się wypis z rejestru studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego:
August Frischman
urodzony: Zaleszczyki, Galicja
wyznanie: rzymskokatolickie
narodowość: niemiecka
obywatelstwo: austriackie
Ojciec Franz – komisarz finansowy zam. w Janowie Gródeckim koło Lwowa.
Szkoły poza UJ: gimnazjum w Buczaczu.
Na Uniwersytecie Jagiellońskim, August studiował na Wydziale Filozoficznym, z którym związane było wówczas kształcenie farmaceutów.
Studia odbywał w latach akademickich 1853/54 i 1854/55, a 20 marca 1858 roku uzyskał magisterium z farmacji.

Dyplom uniwersytecki Augusta Frischmana
Bardzo niedługo po uzyskaniu stopnia magistra farmacji znalazł się w Dubiecku, które położone jest kilkanaście kilometrów od Dynowa.
Można sądzić, że to była jego pierwsza praca w charakterze prowizora aptecznego.
Ad 3. Adolf de Frischmann

Adolphe de Frischmann
Adolf urodził się 19 maja 1828 roku w Zaleszczykach.
Używał pisowni nazwiska z przyimkiem „de”, czyli tzw. partykułą szlachecką.
Tak też podpisywała się jego siostra Paulina i niektórzy inni Frischmannowie z linii Antoniego.
Wszyscy oni pieczętowali się herbem Frischmanów, nadanym w 1727 roku Georg Frischmanowi przez Karola VI, o którym była mowa wcześniej.
Podobnie jak jego brat August, Adolf także wybrał zawód farmaceuty, ale studiował farmację nie w Krakowie, lecz na Uniwersytecie w Monachium.
Po otrzymaniu dyplomu, wyjechał do Rumunii i osiadł w Brăile.
Tam początkowo dzierżawił aptekę „Minerva”, a w 1880 roku kupił ją od rodziny Scharmelly.
Historyczna apteka „Minerva” mieściła się w pięknym budynku Domu Bolehovera na rogu Strada Regala i Strada Golesti.
Po Rudolfie Scharmelly, Adolf de Frischmann był jej drugim właścicielem.

Apteka „Minerva” w Braile
Są dowody, że brał udział w różnych akcjach charytatywnych na rzecz poszkodowanych przez wypadki losowe.
Ciekawostką jest to, że zachował się jego bilet wizytowy, na którym widać oryginalny herb Frischmanów.

Bilet ten jest dowodem na to, że Adolph wiedział o swoim szlacheckim pochodzeniu.
Ad 4. Leontyna Anna
Ur. 29 listopada 1832, zmarła 17 lutego 1852 roku w Janowie Gródeckim pod Lwowem na suchoty.
Miała niespełna 20 lat. Można przypuszczać, że mieszkała tam razem z ojcem Franzem, ale dowodu na to nie mam.

Akt urodzenia Leontyny Anny Frischmann, córki Franza i Marcjanny

Akt zgonu Leontyny Frischmann
Ad 5.

Paulina Antonina Waleriana de Frischmann
Urodziła się 27 listopada 1833 roku w Zaleszczykach.
W latach 60-tych, podobnie jak jej brat Adolf, znalazła się w Brăile.
W 1877 roku wybuchła wojna rosyjsko-turecka, która dla Rumunii stała się wojną o niepodległość.
Paulina zaangażowała się wtedy w opiekę nad rannymi jako pielęgniarka.
Za tę działalność została odznaczona Krzyżem Elżbiety.

Krzyż Elżbiety należący do Pauliny Antony Waleriany de Frischmann.
Opis tego krzyża i okoliczności jego nadania znajdują się w Aneksie V.
Sam kontekst historyczny tej informacji jest dobrze udokumentowany.
Królowa Elżbieta rzeczywiście intensywnie angażowała się w opiekę nad rannymi podczas wojny 1877–1878, a źródła biograficzne przypisują jej ustanowienie odznaczenia dla kobiet zasłużonych w tej służbie.
Po wojnie Paulina de Frischmann znalazła się w otoczeniu królowej Elżbiety.
Elżbieta, pierwsza królowa Rumunii, była niezwykłą postacią.
Zajmowała się literaturą, muzyką i działalnością dobroczynną. Przyjęła artystyczny pseudonim Carmen Sylva.

Elżbieta, królowa Rumunii, pisząca pod pseudonimem Carmen Sylva.
Królowa zmarła w 1916 roku i właśnie po jej śmierci rozpoczyna się ostatni rozdział życia Pauliny.
Paulina miała już wtedy ponad osiemdziesiąt lat.
Opuściła Rumunię i przyjechała do Żywca, ówczesnego Saybusch.

Paulina de Frischmann
Dlaczego właśnie tam?
Otóż w Żywcu znajdowała się rezydencja żywieckiej linii Habsburgów.
Żoną arcyksięcia Karola Stefana Habsburga – właściciela Żywca – była Maria Teresa Toskańska, bliska przyjaciółka Carmen Sylvy.

Arcyksiężna Maria Teresa Toskańska
Po śmierci rumuńskiej królowej to właśnie ona otoczyła osamotnioną Paulinę opieką.
Paulina zmarła w Żywcu 12 sierpnia 1921 roku, mając 87 lat, i została pochowana na cmentarzu parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny.
Mam informację – nie do końca sprawdzoną – że Paulina miała nieślubne dziecko, które urodziło się we Lwowie 28 maja 1862 roku.
Paulina miała wtedy 28 lat.
Dziecko dostało imię Anna. Nic o nim nie wiadomo.
Pozostała też jeszcze jedna rodzinna opowieść.
Otóż przed wyjazdem do Żywca, czyli około 1916 roku, Paulina miała podobno wyrazić chęć zamieszkania w Dynowie, ale Wanda Salomea, wdowa po jej bracie Auguście, miała się stanowczo sprzeciwić mówiąc, że ma już Frischmanów „powyżej uszu”.
Nie ulega kwestii, że po trzynastoletnim pożyciu z mężem, który nie był łatwym partnerem, nosiła do jego rodziny urazę.
Ad 6. Marianna Józefa
Ostatnie dziecko Franza i Marcjanny Frischmanów Marianna Józefa, ur. 1 grudnia 1835 w Gorlicach w Małopolsce była dwukrotnie zamężna.
Pierwszym mężem był Julian Lewicki z Założca, ur. w 1838 r., syn Stefana Lewickiego z Lewiczyna h. Rogala i Marii Illewicz h. Zaremba, z którym wzięła ślub 15 marca 1880 r. we Lwowie.
Drugim jej mężem był Kajetan Rogalski, z którym wzięła ślub 11 czerwca 1892 r. Obaj mężowie byli farmaceutami, co w pewnym sensie potwierdza tradycję tego zawodu, która przewijała się przez różne gałęzie rodziny Frischmannów.

Akt ślubu Marianny Józefy Frischmann z Kajetanem Rogalskim
Podrozdział 1.
Śmierć Feliksa Baranieckiego. August i Karolina
W tym czasie w Dynowie istniała Apteka „Pod Opatrznością”, której właścicielem był Feliks Antoni Baraniecki, który oprócz tego, że był farmaceutą, był też właścicielem miejscowego posterunku poczty konnej.
Wiadomo, że chorował na nerki.
W czerwcu 1858 roku wyjechał na leczenie do Karlsbadu.
Po prawie dwumiesięcznym pobycie, wracając do Dynowa, zatrzymał się na krótki odpoczynek w Prerovie na Morawach, u swojego przyjaciela ze studiów – mgr Jakubowskiego.
Tam też zasłabł i 1 sierpnia 1858 roku nieoczekiwanie zmarł.

Akt ślubu Feliksa Baranieckiego i Karoliny z domu Papst
Zostawił młodą żonę Karolinę/z domu Papst/ i sześcioro dzieci.
Karolina miała zaledwie 31 lat i znalazła się w bardzo trudnej sytuacji.

Karolina Baraniecka
Sama była chora na gruźlicę, a teraz została sama z rodziną, domem, apteką, pocztą i wieloma sprawami majątkowymi.
Apteka przedstawiała szczególny problem, bowiem jakkolwiek, Karolina – jako spadkobierczyni po mężu Feliksie – mogła mieć w niej udział własnościowy, o tyle nie posiadała kwalifikacji farmaceutycznych potrzebnych do jej prowadzenia, a bez tego – w świetle obowiązującego prawa – prowadzenie było niemożliwe.
Żeby utrzymać Aptekę musiała więc zatrudnić prowizora.
Wyjaśnienie zasad kształcenia XIX-wiecznych farmaceutów zamieszczam w Aneksie I.
Szukała go dość desperacko, ale nie można się temu dziwić, bowiem nieczynna apteka nie przynosiła dochodu, a Karolina miała sześcioro dzieci.
Wiemy to z jej listów pisanych do przyjaciółki Maryni Żywickiej z Bystrej koło Gorlic, której zwierzała się z piętrzących się kłopotów i wydatków, którym nie mogła podołać.

Koperta adresowana do Marii Żywickiej, 1859.
Zachowane listy Karoliny są niezwykłym źródłem. Nie są suchymi dokumentami urzędowymi. Pokazują żywą kobietę przerażoną tym, co się z nią dzieje, próbującą jednocześnie utrzymać rodzinę i rodzinny majątek.
Karolina pisała do swojej przyjaciółki Maryni Żywickiej i prosiła ją o pomoc w znalezieniu odpowiedniego prowizora, który mógłby poprowadzić jej aptekę tj. Aptekę Pod Opatrznością w Dynowie.
W jednym z listów pojawia się nazwisko Frischmana i informacja o jego kontrakcie w Dubiecku.
Oto transkrypcja tego listu:
Muszę Cię moja Droga uprzedzić, że dzisiejszy mój list, że pewnie w niem początku ani końca nie będzie ale wybacz – dziś nawet nie małam pisać ale mnie tak okropnie teskno i smutno, że sobie miejsca znaleźć nie mogę pisząc do Ciebie to choć na chwilę mnie się zdaje że z tobą rozmawiam – tu ani jednej duszy nie ma z kiem by się poradzić można a pożalić to ani myśleć.Wierz mnie moja Droga, że tak nieraz tęsknię za toba, że nieraz sobie myśle wszystko porzucę i na parę dni do Ciebie pojadę – a to na żaden sposób nie można – dziwne mam usposobienie – czasem jak sobie zacznę perswadować to by się zdawało żem już spokojna i nawet wesoła ale jak /słowa nieczytelne – przyp.mój/ przybieży to sama nie wiem co z sobą zrobić.Zdaje mnie się, że jak bym się mogła wypłakać na mogile Feliksa to by mnie najmilej było!
Ach Boże żeby nie te biedne sieroty dla, których żyć pragnę – dziś moja /?/ mówiła do mnie – oj źle mamie bez tatka przódy mama nigdy nie płakała – a teraz co dzień –
Interesów bez miary i kłopotów: – podatków wyrachowali mnie na 100 fl. Wyobraź sobie od śmierci Feliksa oprócz dochodów wydałam już z gotówki 100 f. a jeszcze są podatki 200 a potym dopiero rechsgebir mam zapłacić – teraz nowe kłopoty mnie czekają, myślę sprzedać aptekę bo tak dzierżawca dać tyle nie może ile ja chcę – właściwie trudno będzie dostać dzierżawcy – Frischman dotychczas nie jest obowiązany bo mu kontrakt odnowili z Dubiecka a to już trzy miesiące, a mój opiekun nie postarał się żeby inny zrobić – a teraz Frischman mówi, że w Dynowie nie ma żadnych widoków dla posesora – dla niego pewnie nie ma bo bardzo dużo potrzebuje, z 15 do 20 fl. miesięcznie na cygara i ciągle gości przyjmuje – mówi, że tu nudy ogromne, że nie ma z kim żyć – jeżeli zostanie to tylko dla mnie to zrobi. Ja znowu takich ofiar wymagać ani przyjąć nie mogę pomimo że jest to człowiek tak dobry i szlachetny, że w tych czasach trudno znaleźć – i właśnie dlatego niechciałabym przyjąć takiej ofiary – bo wiem, iestem przekonana, że iemu w Krakowie lepiej i przyjemniej było.
Tak to moja Maryniu! Mieć złych ludzi koło siebie źle – dobrych takżeśmy niekontenci – zawsze źle, przynajmniej mnie już nigdy dobrze nie będzie.


List Karoliny Baranieckiej – oryginał.
To są pierwsze wzmianki o Auguście, który jakkolwiek pracował już wtedy w Dynowie, to jednak nie był z tego zadowolony, mówił o nudzie i braku towarzyskiego życia i jeśli zostanie to zrobi to jedynie dla Karoliny.
Odnowiono mu wtedy kontrakt w Dubiecku i wszystko wskazuje na to, że chciał tam wracać. Głównie ze względu na tę zabijającą go nudę w Dynowie.
Nawiasem mówiąc jest tu jedna, dość zagadkowa rzecz.
Mianowicie w ogłoszeniach z tamtych lat widnieje anons o sprzedaży apteki dubieckiej przez Karolinę Baraniecką! Przeciekawe! Czyżby Baranieccy byli także właścicielami tejże apteki?
Co by nie powiedzieć – z listów Karoliny widać wyraźnie, że chociaż naprawdę potrzebowała prowizora – to wobec Augusta Frischmana zaczęła mieć zastrzeżenia co do jego sposobu życia.
August bowiem był człowiekiem towarzyskim. Lubił ludzi, spotkania, gości, karty, wyjazdy i zabawę. Pieniądze wydawał łatwo.
Karolina pisze, że na cygara i przyjmowanie gości potrafił wydawać 15–20 florenów miesięcznie.
Jednocześnie potrafiła napisać o nim coś zupełnie innego — że jest to:
„człowiek tak dobry i szlachetny…”
I chyba właśnie w tych dwóch określeniach mieści się znaczna część charakteru Augusta.
Był rozrzutny, towarzyski i zapewne trudny do utrzymania w ryzach, ale był niewątpliwie człowiekiem dobrym i szlachetnym.
Nawiasem mówiąc – w naszej rodzinie przez wiele lat przetrwało określenie „frischmanowski gest”,którego używano wobec kogoś, kto szasta pieniędzmi.
To mówi samo za siebie.
W swoich listach Karolina, dość często, używa nazw walut, których znaczenia i wartości niewielu już dziś rozumie.
A zatem – kilka słów wyjaśnienia.
W dokumentach z tego okresu spotykamy określenia floren, gulden i złoty reński. Dla dzisiejszego czytelnika same liczby niewiele znaczą.
Nie ma prostego i uczciwego sposobu, aby powiedzieć: „jeden floren z 1860 roku odpowiada dokładnie tylu dzisiejszym złotym czy dolarom”.
Można natomiast próbować zrozumieć jego wartość przez porównanie z ówczesnymi cenami.
Można powiedzieć, że w połowie XIX wieku, w zachodniej Galicji, morga ziemi rolnej kosztowała około 200–400 florenów.
Jeżeli więc Karolina pisała o 15 czy 20 florenach wydawanych miesięcznie przez Augusta na cygara, gości i życie towarzyskie, mówiła o bardzo znaczących sumach.
Podobne porównania będą nam potrzebne jeszcze wielokrotnie, ponieważ w dokumentach rodzinnych pojawiają się setki, tysiące, a później dziesiątki tysięcy florenów i koron.
Nie będę ich sztucznie przeliczał na współczesne pieniądze. Znacznie uczciwiej jest pokazywać ich wartość w realiach epoki.
To tyle tytułem wyjaśnienia.
W końcu Karolina przemogła się i zatrudniła Augusta, a on – o dziwo – zgodził się.
Być może rzeczywiście zrobił to wyłącznie dla niej o czym Karolina wspominała w przytoczonym liście…
W 1862, gdy Karolina podpisywała z Augustem kontrakt na zarządzanie dynowską Apteką, on miał 36 lat, a ona 35.
Byli niemal rówieśnikami.
Dynów był małym miasteczkiem i obecność w domu młodej wdowy przystojnego, nieżonatego i bardzo towarzyskiego aptekarza musiała wywoływać komentarze.
I wywoływała.
Zaczęły krążyć plotki, że Karolina zamierza poślubić Augusta.
I plotki te mogły mieć podstawy.
August Frischman i Karolina Baraniecka byli prawie w tym samym wieku i pochodzili dokładnie z tych samych stron.
Oboje urodzili się na Bukowinie i oboje pochodzili z niemieckich rodzin. Rodzicami Karoliny byli Krystian Papst i Karolina Kampf.
Niemniej, szerzące się plotki, dotykały Karolinę. Cierpiała.
W liście do przyjaciółki Maryni Żywickiej pisała tak:
„… Domyślam się, że to /czyli plotki – przyp. mój/ się tyczy Frischmana. Może i do twoich uszu doszło, że jakoby już mam iść za mąż i zdaje się, że wielu ludziom wydaje się że tak właśnie zrobię. Najwięcej do tej gadaniny przyczynili się ci, których miałam za przyjaciół! Przecież gdybym miała iść to bym już raz poszła i gadaniny by się skończyły, ale nie chcę dla gadanin tych narwanych ludzi, poświęcić przyszłości moich dzieci i moich miłych wspomnień z lat przeżytych z moim mężem. Ale nie tłumaczę się nikomu, bo czas pokaże. Nie mogę też /przez pochopną decyzję o zamążpójściu – przyp. mój/ narazić mojego całego majątku, który mógłby pójść w nierzetelne ręce. Nie przeczę, że są ludzie uczciwi – ale skąd ich wziąć – a poza wszystkim – czy uchroni mnie to od obmowy? Jak będzie inny to i tak będą znowu gadaniny!
Daj mi prowizora, który podjął by się wszystko prowadzić i jeśli zaręczysz za jego rzetelność to słowo honoru ci daję, jak mojem dzieciom szczęścia życzę, że zaraz wypowiem Frischmanowi i od Nowego Roku musi odstąpić. Zdaje mnie się, że aptekarz z Gorlic twego męża znajomy może on kogo zna, bo wolnych jest dość, ale kto ich zna. Widzisz Siedlecki np. którego już dawniej chciałam – uważany był za dobrego i popatrz – gdy był prowizorem to tylko w przeciągu 5 lat złożył 3000 f. a przecież z pensji tego nie zaoszczędził – nawet gdyby bez butów chodził, więc skąd?”




List Karoliny Baranieckiej – oryginał listy cytowanego powyżej.
A w międzyczasie, August aptekę prowadził, z obowiązków się wywiązywał i wrastał w dynowski dom, a jedyne co psuło atmosferę, to ludzka zawiść i plotki.
Nie mam żadnych podstaw, aby twierdzić, że łączyło ich coś więcej niż stosunki zawodowe.
Przeciwnie — listy Karoliny pokazują kobietę ciągle pogrążoną w żałobie po Feliksie i daleką od jakichkolwiek zamiarów ponownego zamążpójścia.
Jej mąż zmarł w obcym mieście, daleko od domu. Nie była przy nim w chwili śmierci. I to także burzyło jej spokój i równowagę.
A do tego wszystkiego, brakło już jej sił. Suchoty, czy jakbyśmy dziś powiedzieli – gruźlica – niszczyła ją i Karolina umierała.
A August, cały czas był obok.
Nie zwracając uwagi na plotki, prowadził Aptekę, zajmował się sprawami poczty i stopniowo wtapiał się w dynowską rzeczywistość.
W dokumentach z 1862 roku występuje już nie tylko jako farmaceuta.
Jest także cesarsko-królewskim administratorem poczty w Dynowie oraz agentem Krakowskiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń od Ognia. Później uzyskał też prawo propinacji.
Tak przedstawiają go materiały zachowane w Bibliotece Jagiellońskiej.
I wtedy nadeszło lato 1863 roku.
Karolina była chora, umierająca, ale cały czas dążyła do wyczyszczenia interesów, które pozostawiała swoim dzieciom.
Dokładny opis tych interesów i listów Karoliny zamieszczam w Aneksie IV.
A jest ich wiele. Także tych, które dotyczą czasów, gdy nie była jeszcze żoną Feliksa, ale jej rodzina – Papstów – znała się z nim i robiła wspólne interesy.
Podrozdział 2.
Śmierć Karoliny. Uwięzienie Augusta. Ślub z Wandą Salomeą
W 1863 roku, stan zdrowia Karoliny gwałtownie się pogarszał.
Z tego okresu zachowały się dwa listy Augusta.
Są dla mnie wyjątkowo cenne, ponieważ po raz pierwszy August przestaje być nazwiskiem występującym w dokumentach.
Pierwszy list został napisany 16 lipca 1863 roku.
Karolina jeszcze żyła.
August wiedział jednak, że zbliża się koniec.
W imieniu umierającej kobiety zwracał się do jej przyjaciół z prośbą o przyjazd.
Oto ten list opisujący smutne chwile choroby i śmierci Karoliny:
Pisane były w lecie 1863 roku.
Pierwszy 16-go lipca pisany jest najprawdopodobniej do p. Żywickiego – męża Maryni /przyjaciółki Karoliny/:
Wielmożny Mości Dobrodzieju!
Biedna P.Baraniecka jeszcze żyje – nie śmiałem jej listu Pana Dobrodzieja odczytać – gdyż jest bardzo przytomna i nie mógłbym znieść wrażenia jakie by szczere współczucie na niej wywarło. Wiem co to jest mieć przyjaciela i umiem uczuć stratę jego. Wyobrażam sobie jak błogo jej będzie po raz ostatni a może i w ostatniej chwili tę – którą prawdziwie i szczerze kochała, uściskać i pożegnać.
Mam nadzieję, że jeżeli Pani Dobrodziejka bez zwłoki zaraz po otrzymaniu listu tego wybierze się, zastanie tę biedną Kobietę jeszcze żywą.
W imieniu umierającej proszę o dotrzymanie słowa – ja za nią będę wdzięczny
sługa
Frischman

List Augusta Frischmana z 16 lipca 1863 – oryginał.
Drugi list jest jeszcze bardziej przejmujący.
August napisał go z Dynowa 9 sierpnia 1863 roku.
Opisuje w nim ostatnie chwile Karoliny, jej śmierć, pogrzeb i to, co nastąpiło później.
Oto ten list:
Wielmożna Pani Dobrodziejko!
Przepraszam że tak długo na list Państwa nie odpowiadałem – w mojem smutnem położeniu na wszystko zapomniałem. Dzisiaj w ten nowy porządek już się wciągnąłem i dlatego śpieszę miłej przyjemności /zaspokojenia Państwa zupełnie/ zadosyć uczynić.
Dzieci zdrowe, nie wiem co się w ich sercach dzieje – ale po fezyognomii nikt by nie powiedział że to są sieroty bez ojca i matki. W pierwszej chwili skoro matka żyć przestała zdaje mi się że ja najgłupszą minę między nimi miałem.
O czwartej po południu zgromadziła nas nieboszczka i nie kazała od siebie odchodzić.
O ósmej wieczorem zaczęła konać. Przy łóżku stałem ja, Władek, Wanda i Felcia – te małe za nami.
Mnie w głowie szumiało i byłbym przysiągł że wszyscy płaczą i zachodzą się. O dziesiątej wieczór kiedy ostatni raz odetchnęła – obróciłem się i zobaczyłem tylko dwie starsze dziewczęta, reszta spała w najlepsze. Stary Wincenty stał koło pieca.
Jakby na komendę czyją zaczęli się ludzie schodzić. W tym chaosie to tylko spostrzegłem że Felcia i Wanda matkę czesały jakby do ślubu i tak się zwinęły około wszystkiego, że w godzinę w największym porządku leżała na katafalku oświetlonym i wszyscy klęczeli, śpiewali i modlili się.
W tej chwili co się stało niewiem, nie mogłem się na nikogo patrzeć i siedziałem w swoim pokoju.
Pogrzebu nie widziałem, ale po pieniądzach, które wydałem, wnoszę że był dość porządny.
Dzieci zabrałem zaraz na dół, a na górze kazałem trochę restaurować, bo wszystko już było w wielkim nieporządku.
I tak mieszcząc się się z sześciorgiem dzieci w jednym pokoju nawiedziła nas Pani Stronczakowa w tydzień po śmierci i chcąc mnie sobie ująć czy w innym jakimś celu powiedziała: „nieboszczka zawsze z prawdą się mijała” zrobiło …jej dobra ochota zabrania dzieciom wszystkiego, nie miłe na mnie wrażenie i musiałem być nie bardzo grzeczny dla tej Pani, skoro zaraz odjechała za co jej bardzo wdzięczen jestem.
Za kilka dni przyjechał znowu oficiał pocztowy Astleilhner na Komisyą, przyjąłem go jak mogłem w porządku hurmy dzieci, siedział i mieszkał i jadł z nami do dzisiaj. Dyrekcya bardzo po ludzku sobie postąpiła , kazała bowiem … i cały …dzieciom oddać, mnie zaś kancelaryę i administracyę nad wszystkim.
Za życia Pani Baranieckiej więcej jakoś o wszystkim myślałem, po śmierci nie uczyniłem nic, u nikogo nie byłem i nikogo o nic nie prosiłem. A przecież stało się jak najlepiej.
Obiecałem oficyałowi że pojadę, P.Dyrektorowi podziękowałem za łaskę, którą dzieciom wyświadczył.
Kompetentów na tę pocztę jest bardzo dużo i na administracyą zrywało się kilku.
Jeżeli Pani łaskawa będzie dzieci mojej przyjaciółki we wrześniu odwiedzić to z ochotą i wdzięcznością usłucham rady Paninej co z niemi począć. Władka może by lepiej do poczty sposobić, bo do aptekarstwa droga daleka – i w tem bym rad Pani zdania usłyszeć.
Moja ciotka miła ani słyszeć o sobie nie daje, zbieram się do niej napisać a jeżeli tym razem będzie bezskutecznie to już niech sobie tam siedzi, a ja o inną się starać będę.
Przy tej sposobności proszę przyjąć wyrazy mojego wielkiego szacunku dla Państwa obojga
Sługa
Frischman
Z Dynowa 9 sierpnia 863.
List od …załączam – jego nie ma w domu.


List Augusta Frischmana z 9 sierpnia 1863.
Po śmierci Karoliny August zabrał sześcioro dzieci zmarłych Feliksa i Karoliny Baranieckich na dół domu.
Na piętrze zarządził remont, ponieważ — jak pisał — wszystko znajdowało się już w wielkim nieporządku.
I nagle ten trzydziestosześcioletni kawaler został opiekunem sześciorga cudzych dzieci. Sześciorga sierot.
Przyjechała pani Marianna z domu Baraniecka Stronczakowa – szwagierka zmarłej Karoliny, ale nie miała niczego do zaoferowania, a jedynie obraźliwie powiedziała o zmarłej, że jakoby „nieboszczka zawsze z prawdą się mijała”!
August wyrzucił ją właściwie z domu.
Później zjawił się urzędnik pocztowy. Dyrekcja poczty pozostawiła Augustowi kancelarię i administrację.
Pojawia się też jeszcze jedno zdanie:
„Moja ciotka miła ani słyszeć o sobie nie daje…”
Być może chodziło o Anastazję Frischman, siostrę jego ojca.
Być może August próbował sprowadzić ją do Dynowa, aby pomogła mu przy dzieciach.
Trudno powiedzieć!

Grób Karoliny Baranieckiej z domu Papst w Dynowie.
Ale dokładnie w tym czasie, poza śmiercią Karoliny, inne zdarzenie spadło na dynowski Dom jak grom z jasnego nieba!
Rok 1863 był rokiem Powstania Styczniowego.
Po jego upadku, wielu powstańców – uchodźców z zaboru rosyjskiego, przekroczyło granicę austriacką. Chcieli się schronić przed prześladowaniami ze strony władz rosyjskich.
W pierwszym okresie austriackie władze jakoś ich tolerowały, ale to nie trwało długo.
Grupa zbiegłych powstańców dotarła do Dynowa. August dał im schronienie w dynowskim domu.
Przybysze zachowywali się jednak awanturniczo. Może było to wynikiem stresu związanego z przegranym powstaniem? Były burdy i jakieś problemy – dość na tym, że władze austriackie, które nie zamierzały tolerować takich zachowań, zaaresztowały przybyszów, a Augusta wraz z nimi.
Według relacji mojego Ojca, August, po procesie, został osadzony w twierdzy Kufstein w Tyrolu.
Spędził tam około półtora roku, spał na kamiennej podłodze i wrócił ze zmarnowanym zdrowiem, a w szczególności z chorymi nerkami.
Co się w tym czasie działo z dziećmi Karoliny, z apteką, pocztą i domem?
Co prawda dzieci nie były już takie małe, bo najstarszy Władysław miał w 1863 roku szesnaście lat, ale jego siostry były młodsze, a najmłodsza Maria była zaledwie ośmioletnim dzieckiem.
Kto się nimi zaopiekował?
Wysunąłem kiedyś przypuszczenie, że mogła to być ich ciotka – Marianna Baraniecka, ur. 2 stycznia 1807 r. w Zamieściu Burku, parafia Tarnów Katedra – siostra zmarłego Feliksa Antoniego.
Aptekę natomiast mógł prowadzić mgr Teofil Podsoński – prowizor, ale co do tego pewności nie mam.
W każdym razie Apteka na pewno była prowadzona przez prowizorów, a władze ustanowiły zarząd nad pocztą.
August wrócił z więzienia do Dynowa około 1865 roku.
Wrócił do osieroconych dzieci, które przecież nie były jego dziećmi.
Wrócił do domu, który w istocie rzeczy nie był jego domem, lecz jedynie miejscem pracy.
A jednak wrócił.
Być może złożył umierającej Karolinie obietnicę, że zaopiekuje się jej dziećmi, a być może nie miał gdzie wracać – chociaż akurat to nie wydaje mi się prawdziwe, bo taki człowiek jak on wszędzie mógł dostać pracę.
W każdym razie wrócił i w konsekwencji ożenił się z najstarszą córką zmarłej Karoliny – Wandą Salomeą!

Wanda Salomea Baraniecka
Kiedy August po raz pierwszy znalazł się w domu Baranieckich, czyli w 1862 roku, Wanda była jeszcze dziewczynką.
Kilka lat później została jego żoną.
Ślub odbył się 2 lutego 1867 roku.

Metryka ślubu Augusta Frischmana i Wandy Salomei Baranieckiej.
August miał 40 lat, a Wanda Salomea 18.
Różnica wieku wynosiła więc 22 lata.
August, którego kojarzono z matką, ożenił się z jej córką!
Widocznie taka była potrzeba chwili.
O wszelkich okolicznościach, które towarzyszyły tej decyzji, zarówno ze strony Wandy jak i Augusta, nie dowiemy się pewnie nigdy.
Trudno powiedzieć, kto kogo bardziej potrzebował – August Wandy, czy Wanda Augusta.
Tak więc, ślub się odbył i chociaż małżeństwo od początku nie było udane, to mimo to – w ciągu 13 lat istnienia – dochowało się siedmiorga dzieci!
August Jan Frischman zmarł w Dynowie 2 listopada 1880 roku.
Miał 53 lata.
W rodzinie śmierć Augusta łączono z chorobą nerek, której miał nabawić się podczas pobytu w więzieniu.
Został pochowany w rodzinnym grobie w Dynowie.
Jego grób zachował się do dzisiaj.


Grób Augusta Frischmana w Dynowie.
Wanda Salomea z Baranieckich Frischmanowa miała 31 lat gdy została wdową i pozostała nią przez 59 lat.
Mówiło się o niej „babcia Frischmannowa”. Nigdy inaczej.
Historia jakby się powtarzała.
W chwili śmierci Augusta, jej sytuacja była zdumiewająco podobna do sytuacji jej matki Karoliny sprzed dwudziestu dwóch lat.
Karolina miała 31 lat, kiedy zmarł jej mąż Feliks.
Wanda miała 31 lat, kiedy zmarł jej mąż August.
Karolina została sama z gromadką dzieci.
Wanda została sama z gromadką dzieci.
Ale na tym kończą się podobieństwa, bo Wanda była zupełnie inną kobietą niż jej matka.
Karolina po śmierci Feliksa była załamana. Chorowała na gruźlicę, nie mogła pogodzić się ze śmiercią męża i właściwie do końca życia pozostała pogrążona w żałobie.
Wanda Salomea była z zupełnie innej gliny.
W istocie rzeczy, po śmierci męża, odżyła!
Można powiedzieć, że była kobietą ze spiżu.
Oto co o niej, o jej mężu Auguście i okolicznościach jego uwięzienia, napisał mój Ojciec:
„Babcia moja, jak już pisałem, po krótkich latach nauki w klasztorze PP. Benedyktynek w Staniątkach pod Krakowem, wyszła za mąż za Augusta Frischmana, syna komisarza starostwa przysłanego z Wiednia do Galicji dla zniemczenia kraju. W rezultacie stało się odwrotnie: on sam się spolszczył, a syn August zakochany w Polonusach, człowiek niezwykłej inteligencji, pracował w tajnych związkach polskich i wspomagał powstańców w 1863 r. za co później cierpiał dwa lata w więzieniu austryjackim, gdyż na procesie udowodniono mu winę.
Babcia opowiadała mi, że wówczas szyły wszystkie panny bieliznę dla powstańców, wysyłano buty itp. a mężczyźni wysyłali strzelby i prochy.
O powstańcach nie zachowała dobrego wspomnienia. Twierdziła, że niczym nie różnili się od zwykłych rabusiów. Uciekając po klęsce powstania do Galicji zachowywali się tu po wojskowemu, konfiskując i rabując, zabierając dla siebie co im było potrzeba.
Babka moja z opowiadania rodziców swych znała też dzieje Rabacji chłopskiej, która w Dynowie i okolicy dała się we znaki.
Ale wówczas po powstaniu i powrocie swego męża do domu nastąpił okres kryzysu. Wszyscy chcieli zapomnieć o klęsce wśród zabaw, August proszony wszedzie, ulubieniec dworów okolicznych, nieomal codzienny gość hr. Wojciecha starego Starzeńskiego ojca Augusta, a dziadka, też Wojciecha, w Dąbrówce, jak również Zbigniewa Trzecieskiego w Dynowie – wśród kuligów, zabaw, tańców – zaniedbał zupełnie(?), siostrom babki nie wypłacał pensji ani należnych spadków, sam namiętny gracz w karty i to hazardowe, wcześnie zapadł na nerki i umarł w 53 r. życia w dzień Wszystkich Świętych 1880 r. wolnomyślny, liberał, ustawiczną wojnę prowadził z ówczesnym proboszczem ks. Zaleskim(?) /to nazwisko wymaga wyjaśnienia, ponieważ w latach 1847-1876 proboszczem w Dynowie był ks. Teofil Witoszyński, a w latach 1876-1890 ks. Edward Palch/ , który gwałtowny, nietaktowny, nie przebierał w środkach procesując go o obronę honoru”.
I jeszcze doskonały komentarz mojej siostry Marii Baranieckiej Witkowskiej:
„Dla mnie problemem arcyciekawym była egzystencja dynowska człowieka-liberała, człowieka o horyzontach myślowych sprzecznych z wartościami mieszczańskiego grajdołka, a przy okazji, na własne życzenie, pozbawionego ciepła rodzinnego, człowieka odważnego, który przeciwstawiał się wszechwładnemu proboszczowi.
Ale o tym prawie nikt nie mówił, ba, nikogo to interesowało.
Świat, któremu hołdowała rodzina , nie był jego światem. I takim go zostawił w ponury, listopadowy dzień…”
Podrozdział 3.
Wanda Salomea – jedyna, niepodzielna właścicielka Apteki „Pod Opatrznością”
W 1880 roku, tj. w chwili śmierci Augusta, Apteka nadal nie należała tylko do Wandy.
Należała do wszystkich dzieci Feliksa i Karoliny Baranieckich.
Byli to:
1. Władysław /1847-1921/
2. Wanda-Salomea /1849-1939/
3. Felicja Zygmunta /1849-1941/
4. Helena /1851-1877/
5. Stefania /1853-1932/
6. Maria Joanna /1855-1940/
W praktyce oznaczało to, że przez wiele lat – tzn. od 1858 roku – apteka „Pod Opatrznością” była własnością ich wszystkich, to znaczy, spadkobierców Feliksa Baranieckiego.
Żeby uporządkować ten stan posiadania, jeszcze za życia jej męża, Wanda doszła do ugody z rodzeństwem, że wszyscy odstąpią jej swoje udziały w spadku, co w konsekwencji doprowadziłoby do tego, że własność Apteki pozostanie wyłącznie w jej rękach.
I tak się stało!
Zadziwiająca jest przy tym zgoda rodzeństwa. Po prostu wzorowa!
1 lipca 1874 roku wPradze jej brat, Władysław Baraniecki, przekazał Wandzie cały swój udział spadkowy za 600 florenów reńskich.

Major Władysław Baraniecki.
Dokument zachował się i dokładnie określa, czego dotyczyła cesja: nieruchomości, gruntów, wierzytelności, ruchomości, a przede wszystkim apteki w Dynowie.
Władysław pisał:
„…przenoszę cały mój udział spadkowy (…) bez pozostawienia czegokolwiek dla siebie lub moich spadkobierców, na wyłączną i nieograniczoną własność mojej siostry, Pani Wandy z Baranieckich Frischmanowej…”
Potem przyszła kolej na następnych.
20 sierpnia 1875 roku Helena z Baranieckich Chodzińska przekazała swój udział za 1000 florenów.
3 września 1878 roku Stefania z Baranieckich Niewolkiewicz — również za 1000 florenów.
Te trzy transakcje odbyły się jeszcze za życia Augusta.
Ale sprawa nie była zakończona.
Dopiero 23 października 1890 roku Felicja przekazała swój udział za 2000 florenów.

Felicja Baraniecka
A 8 stycznia 1891 roku Maria — w dokumentach występująca również jako Maryanna — sprzedała Wandzie swoją część za kolejne 2000 florenów.

Maria i Władysław Baranieccy
Dopiero wtedy, ponad trzydzieści lat po śmierci swojego ojca Feliksa, Wanda Salomea stała się jedyną, niepodzielną właścicielką rodzinnej apteki „Pod Opatrznością”.
O dzieciach Karoliny i Feliksa piszę szczegółowo w Aneksie VI.
Czwarte pokolenie – potomstwo Augusta i Wandy Salomei
Wszystkie dzieci Augusta i Wandy Salomei – a było ich siedmioro – urodziły się w Dynowie.
1. Adolf, urodził się jeszcze w roku ślubu, czyli w 1867. Zmarł niemal natychmiast po urodzeniu.
2. Aleksander, ur. w 1870 r. On również zmarł w tym samym roku.
3. Zofia, ur. w 1872 roku, zm. 1903
4. Franciszek, ur. w 1874 roku, zm 1955
5. Henryk, ur. w 1876 roku, zm. 1891
6. Stanisław Adolf, ur. w 1878 roku, zm. 1930
7. Filip Kazimierz, ur. w 1880 roku, zm. 1939
Kilka słów o każdym z nich.
Ad 3.
Zofia z Frischmannów Banachowa
Wyszła za mąż za Adama Banacha, który urodził się 1 stycznia 1860, a zmarł 5 października 1928 r. w Krakowie.
Adam był radcą krakowskiej policji, ale w rodzinnej historii zapisał się również z zupełnie innego powodu.
Miał być korepetytorem dzieci Jana Matejki i znał wielu krakowskich malarzy.
Znał się z Malczewskim, Wyspiańskim, Mehofferem, Wyczółkowskim, Tondosem i Fałatem.
I otrzymywał od nich obrazy.
Z racji swego bardzo niepopularnego zawodu radcy prawnego policji, został kiedyś oblany kwasem, gdy jechał w otwartym powozie.
Zofia nie żyła długo.
Zmarła 3 kwietnia 1903 roku, w Posadzie Sanockiej, mając zaledwie 31 lat.
Śmierć nastąpiła na dworcu kolejowym i tam właśnie zostało jej udzielone ostatnie namaszczenie. Istniało podejrzenie ciąży, ale zdaje się, że to ukrywano.
W akcie zgonu wpisano, że zmarła na zapalenie otrzewnej i poronienie.
Namaszczenia dokonał proboszcz z Sanoka – Bronisław Stasicki.

Zofia z Frischmannów Banachowa

Akt zgonu Zofii Banach, córki Augusta Frischmana.
Pozostawiła po sobie dwie córki — Zofię oraz Wandę, nazywaną w rodzinie Dusią.

Zofia i Wanda, córki Zofii i Adama Banachów.
Miała również syna Henryka, który zmarł niemal natychmiast po urodzeniu.
Córka Wanda „Dusia” Banachówna zmarła jako panna 25 maja 1935 roku, mając 36 lat. Chorowała na gruźlicę i zmarła w drodze z sanatorium w Fordonie koło Bydgoszczy.

Zofia Banachówna
Jej starsza siostra Zofia, wyszła za Stanisława Nowakowskiego, oficera i lekarza weterynarii.

Zofia z Banachów i Stanisław Nowakowski
Zofia Banach Nowakowska urodziła się 6 lutego 1892 roku, a zmarła 22 października 1989 roku w Nowym Tomyślu, mając 97 lat.
Ad 4.
Franciszek Frischman

Franciszek Frischman, 1890 rok.

Franciszek Frischman, 1906 rok.
Urodził się 22 lutego 1874 r. w Dynowie.
10 października 1892 roku wstąpił na wydział farmaceutyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Zanim to się jednak stało, Franciszek jako 15 letni chłopiec praktykował już w dynowskiej aptece pod okiem mgr Ludwika Giebułtowicza, który był podówczas zarządcą apteki, a jednocześnie jego chrzestnym ojcem.
Ta praktyka trwała od 20 lipca 1889 do 20 lipca 1890, po czym Franciszek przeniósł się do Krakowa i kontynuował swoje przygotowanie do podjęcia studiów jako praktykant w Aptece „Pod Gwiazdą” Konstantego Wiszniewskiego przy ul. Floryańskiej w Krakowie.
Wydział farmacji na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył w 1895 roku i 15-go lipca otrzymał dyplom magistra farmacji.

Dyplom uniwersytecki Franciszka Frischmana.

Zakończenie studiów farmaceutycznych. Kraków, 1895 rok. Franciszek Frischman pierwszy z prawej.
Był wtedy zwyczaj, że nowo dyplomowany farmaceuta w ciągu pierwszych paru lat przechodził przez kilka/kilkanaście aptek – naturalnie – w celu zdobycia doświadczenia.
Jeśli nie miał możliwości objęcia potem swojej własnej apteki był, w każdym razie, wystarczająco dobrze przygotowany aby starać się o stanowisko zarządcy – czy nawet dzierżawcy – czyjejś apteki.
Franciszek był w tym doskonałym położeniu, że miał zaplecze w postaci apteki matki, ale żeby ją objąć i prowadzić, potrzebował doświadczenia.
Na przestrzeni pięciu lat przeszedł przez kilka aptek.
Listę tych miejsc pracy załączam w Aneksie XII.
W dniu 15 lipca 1900 roku Franciszek Frischman objął zarząd Apteki pod Opatrznością Wandy Frischmanowej w Dynowie.
Ad 5.
Henryk
Był podobno bardzo zdolnym i obiecującym chłopcem.
Niestety zmarł później, mając około piętnastu lat, na cukrzycę. Został pochowany w tym samym grobowcu na dynowskim cmentarzu, w którym leżał już jego ojciec August.
Ad 6.
Stanisław Adolf, urodzony 8 maja 1878 roku, w Dynowie, zmarł 10 grudnia 1930 roku w Buffalo, NY, USA.

Stanisław Adolf Frischmann
Jego listy i komentarz do nich oraz związane z nim dokumenty, zamieściłem w Aneksie III.
7. Filip Kazimierz, urodzony 1 maja 1880 roku w Dynowie, zm. 29 marca 1939 r. w Przemyślu.

Filip Frischman
Kiedy przyszedł na świat, jego ojcu – Augustowi – pozostało zaledwie pół roku życia.
Informacje o Filipie i jego rodzinie zamieściłem w Aneksie X.
Piąte pokolenie – potomstwo Franciszka i Wandy z Grochowiczów
22 stycznia 1907 roku, Franciszek Frischman ożenił się z Wandą Marią Grochowicz, córką sędziego Teofila Grochowicza i Aurelii Placydy Lorek.

Wanda z Grochowiczów i Franciszek Frischman.

Akt ślubu Wandy z Grochowiczów i Franciszka Frischmana, 1907 rok.
Ich małżeństwo zaowocowało czworgiem dzieci:
1. Zofia, ur. w 1907 r. w Dynowie, zmarła 14 stycznia 1908 roku także w Dynowie,
2. Kazimierz Stanisław Adolf, ur. 27 lutego 1909 roku w Dynowie, zm. 17 lipca 1995 roku w Warszawie.

Kazimierz Baraniecki, 1925 rok.

Kazimierz Baraniecki, 1930 rok.
3. Barbara Maria, ur. 21 października 1911 r. w Dynowie, zm. 16 lipca 2002 w Łodzi.
W 1947 roku, wraz z mężem Karolem i dwoma synami – wyjechała na emigrację.

Barbara z Baranieckich Kaszycka
4. Stanisław, ur. 4 marca 1922 w Dynowie, zm. 27 stycznia 1941 roku w obozie koncentracyjnym Auschwitz.

Stanisław (Staszek) Baraniecki

Rok 1926 – Baranieccy. Pierwszy rząd: Felicja Baraniecka, Staszek Baraniecki, Wanda Salomea Frischmanowa i Wanda Baraniecka.
Drugi rząd: Barbara Baraniecka, Kazimierz Baraniecki i Franciszek Baraniecki
Podrozdział 1
Budowa Domu w Dynowie
Jeszcze przed swoim ślubem Franciszek rozpoczął budowę nowego domu w Dynowie.
Począwszy od mniej więcej 1890 roku zaczyna się długa seria interesów, których kulminacją było zburzenie w 1902 roku starego – dwustuletniego domu – i początek budowy nowego.
Budowa została rozłożona na trzy etapy:
1. 1903 – część apteczna z mieszkaniem na górze.
2. 1909 – dobudowanie bliźniaczej części od strony południowej.
3. 1923 – dobudowanie części od strony północnej, w której był sklep, a którą w prawie 50 lat później, kupił niejaki Kazimierz Majda.
To była ogromna inwestycja, na którą znalazły się jakoś pieniądze.
Z dokumentów wynika, że dziadzio Franio zaciągał pożyczki hipoteczne, ale nie takie, które pozwoliłyby na budowę, bo czymże była pożyczka 8000 koron w Kasie Zaliczkowo-Pożyczkowej w porównaniu z szacunkiem budowy opiewającym na przeszło 40.000 koron?
W tym też czasie tj. w 1911 roku, Wanda Salomea dokonała cesji całego majątku – tzn. wszystkich nieruchomości rodziny Baranieckich – na swojego syna Franciszka.
Cesja ta zobowiązywała Franciszka do spłaty swojego rodzeństwa. Suma wyniosła 28.000 koron.
Żeby sprostać nałożonemu na niego zadaniu, Franciszek pożyczył w tamtym czasie znaczące sumy od swojego wuja Władysława, który zgodził się na taki procent, jaki dostawał w banku.
W parę lat później, Franciszek postanowił dobudować bliźniaczą część domu.
W tym celu, musiał dokupić sąsiadującą parcelę.
Ta parcela należała od dawien dawna do żydowskiej rodziny Kalterów, a konkretnie do Leiby Izaaka Kaltera, który drogą różnych rodzinnych kontraktów został w 1906 roku jej całkowitym właścicielem.
Wtedy też – kontraktem z dnia 8 sierpnia 1906 roku – sprzedał ją Franciszkowi Frischmanowi.
Sprawa nie była jednak tak prosta, bo prawne “czyszczenie” tytułu własności Kalterów trwało do ostatniej chwili.
Dokładny opis tych transakcji zamieszczam w Aneksie VII
Już 26 października 1917 roku wszystkie obciążenia związane z budową, zostały przez Franciszka spłacone i nieruchomość była wolna od długów.
Można powiedzieć, że imponujące, bo oprócz poniesienia kosztów budowy dwóch de facto domów oraz oprócz spłaty matki i rodzeństwa /28.000 koron na rzecz córek Zofii -Wandy i Zofii oraz Stanisława i Filipa/ dziadzio zdołał także spłacić długi na nieruchomości.
Aktywność Franciszka jest dla mnie czymś niebywałym.
Nie wystarczyło mu postawienie dwóch domów.
Dodatkowo – zarówno wtedy jak i później pożyczał wszystkim naokoło pieniądze, intabulował się na nieruchomościach, odbierał skrypty dłużne aż wreszcie – właśnie na kupionych od Chany Mindli parcelach – postanowił budować trzecią część naszego Domu przy Rynku.
Tę trzecią część domu zajmował sklep, a potem kupił ją Kazimierz Majda.
Budowa domu czy raczej domów była najważniejszą spośród wielu inwestycji podjętych przez dziadzia w ciągu pierwszych 25 lat licząc od początku wieku.
Frischmanowie rośli dzięki tym działaniom w siłę.

Plan Domu w Dynowie. Rok 1909

Plan Domu w Dynowie. Rok 1923

Dom w Dynowie. Rok 2019
Podrozdział 2
Adopcja i zmiana nazwiska
W 1918 roku, Franciszek, wraz z milionami innych – doczekał się niepodległej Polski!
Entuzjazm, niebotyczna radość i zupełnie nowe wyzwania, styl życia i w ogóle wszystko!
To był nowy Kraj!
Wtedy też postanowił porzucić niemieckie nazwisko i przyjąć nazwisko swojej matki.
4 października 1989 roku mój Ojciec – wyjaśniając mi tę sytuację – pisał tak:
“Pytasz się w jednym liście o sprawę zmiany nazwiska. Dziadzio Franio był wielkim polskim patriotą. Gdy tylko Polska powstała – jemu niemieckie nazwisko nie odpowiadało.
Chciał przejąć nazwisko swojej matki.
Nazwisko, które związane było z Apteką od jej początków.
W duchu uważał się za Baranieckiego.
Żeby wszystko zrobić legalnie i w majestacie prawa, zrobiono to poprzez adopcję.”
W tamtych czasach adoptującym mógł być człowiek nie mający swoich dzieci.
Wuj Franciszka – brat jego matki Wandy-Salomei, Władysław Baraniecki– był bezdzietnym kawalerem, więc nadawał się.
W tym samym czasie brat Franciszka – Filip – zachęcony działaniami Franciszka, też postanowił zrobić to samo.
Jego adoptującym została jego ciotka – Felicja Baraniecka.
W Aneksie VIII załączam wszystkie dokumenty dotyczące tej sprawy.
O ile dziadek Franciszka – Feliks Baraniecki – prowadził różne interesy majątkowe, pożyczał pieniądze, intabulował się i powiększał swój stan posiadania, o tyle Franciszek, a nieco wcześniej jego matka – robili to w bez porównania większym wymiarze!
Na przestrzeni 1895 do 1938 Wanda Salomea, a następnie Franciszek dokonali takiej ilości transakcji kupna-sprzedaży nieruchomości i powiązanych z nimi innych transakcji finansowych, że samo ich wyliczenie byłoby sporym wyzwaniem.
Kupowanie parcel budowlanych, pól ornych, pożyczanie pieniędzy pod zastawy hipoteczne, a oprócz tego /chociaż to w zasadzie marginalna sprawa/ ciągłe kupowanie obrazów, stanowiło nieustanny kołowrót.
Mój Ojciec wielokrotnie sceptycznie patrzył na wiele posunięć swojego ojca, ale o adopcji i zmianie nazwiska miał jak najlepsze zdanie:
“Tak, to prawda, że niektóre decyzje dziadzia były chybione i staroświeckie, ale w tej decyzji – tzn. zmiany nazwiska z ojcowskiego na matczyne – wykazał całą postępowość i dalekowzroczność!
To była, światła i przewidująca decyzja!
Nazwisko Frischman było doskonałe w czasach austriackich, ale w rzeczywistości nowej Polski stawało się niepopularne.
I za to winniśmy dziadziowi wdzięczność!”
Podrozdział 3
Czas Kazimierza
Mój Ojciec, czyli najstarszy syn Franciszka i Wandy, Kazimierz poszedł drogą, która w naszej rodzinie wydawała się niemal naturalna.
Został farmaceutą.
Był to już kolejny przedstawiciel rodziny związany z tym zawodem. Wojciech Okoński, Feliks Baraniecki, August Frischman, Franciszek Frischman-Baraniecki — a teraz On.
I podobnie jak jego ojciec i dziadek studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim.
29 września 1927 roku rozpoczął studia na Oddziale Farmaceutycznym Wydziału Filozoficznego UJ.
Trzy lata później, 20 października 1930 roku, ukończył je, uzyskując stopień magistra farmacji.

Dyplom uniwersytecki Kazimierza Baranieckiego
Po ukończeniu studiów – zgodnie z panującym wtedy zwyczajem – rozpoczął serię praktyk, które miały go lepiej przygotować do objęcia własnej apteki.
Listę tych miejsc pracy zamieszczam w Aneksie XIII.
8.II.1945 Franciszek Baraniecki i Kazimierz Baraniecki wnieśli podanie do Starostwa Powiatowego w Brzozowie w sprawie udzielenia Kazimierzowi Baranieckiemu zezwolenia na kierowanie Apteką w Dynowie.
Zgodę tę otrzymali.
Wraz z tym, Franciszek przekazał także Kazimierzowi swoją drogerię w Dynowie przy ulicy Mickiewicza 7.
Drogeria ta była jego własnością już od 12 września 1913 roku, kiedy to c.k. Starostwo w Brzozowie wydało mu koncesję na prowadzenie drogerii w Dynowie.
3 grudnia 1938 r. Starostwo Powiatowe Brzozowskie wydało mu także zezwolenie na sprzedaż w drogerii trucizn i produktów trucizny zawierających.
To zezwolenie zostało udzielone na podstawie rozporządzenia ministerialnego z dnia 21 kwietnia 1876 roku.
Później – 9.II.1944 roku – podczas niemieckiej okupacji, Generalgouvernement, Distrikt Krakau, Der Kreishauptmann w Krośnie potwierdził tę koncesję.
Po akcie przekazania apteki i drogerii w dniu 24 stycznia 1945 roku przez Franciszka Baranieckiego Kazimierzowi Baranieckiemu, koncesja ta – w dniu 22 marca 1945 r.- została przeniesiona na Kazimierza Baranieckiego.
Podrozdział 4
Wojna
6 maja 1940 roku, drugi syn Franciszka Baranieckiego Stanisław, został aresztowany przez Niemców w Dynowie, przewieziony do Tarnowa, a następnie, pierwszym transportem wywieziony do nowo założonego obozu koncentracyjnego w Auschwitz gdzie otrzymał nr 208.
Przed wybuchem wojny Stanisław był uczniem Prywatnego Gimnazjum OO. Jezuitów w Bąkowicach pod Chyrowem.
Zginął 27 stycznia 1941 roku zamęczony przez Niemców, ale wiadomość o tym dotarła do Dynowa z opóźnieniem.
A oto wspomnienie o nim, napisane przez moją siostrę Marię Baraniecką-Witkowską.
Niespełna 19- letni maturzysta, wesoła „dusza towarzystwa”, beztroski chłopiec.
Był najmłodszym synem Wandy i Franciszka Baranieckich: ur. 4 marca 1922 roku.
Po niezbyt udanym pobycie w internacie OO. Jezuitów w Chyrowie (dziś- już Ukraina), Staszek nie lubił wymagającego rygoru, zamieszkał u dziadków Grochowiczów w Przemyślu i tam, zapewne, w Gimnazjum im. Słowackiego, zdał w 1939 r. maturę.
Nie wiemy jakie miał dalsze plany.
Lato przed wojną wykorzystał na wycieczki ( na jednym z zachowanych zdjęć stoi z kolegami przy Batorym), życie towarzyskie i sport.
Nic więcej nie wiemy o Staszku w pierwszym roku wojny.
W maju 1940 rozpoczęła się tragedia.
Staszek, razem z paroma innymi Dynowianami, młodymi chłopcami z rodzin inteligenckich, został zaaresztowany przez gestapo i przewieziony ciężarówką, razem z innymi do więzienia w Tarnowie. Stamtąd, 14 czerwca, po oddaniu więźniów pod „opiekę” zwyrodniałych więźniów niemieckich, znaleźli się w nowopowstającym obozie koncentracyjnym KL Auschwitz. Staszek dostał numer 208. Był to pierwszy więzienny transport.
Zaczęła się gehenna opisywana przez nielicznych którzy przeżyli…
Ale Niemcy zachowywali pozory: Staszek wysłał do rodziców parę listów, naturalnie po niemiecku, w których oznajmia że jest zdrowy, paczkę dostał(??), że niczego mu nie brakuje . Jeden z tych listów załączam.
Przy totalnym braku informacji (radia były konfiskowane na początku wojny, a gazety, „gadzinówki”??), otrzymywanie takich listów było jakąś namiastka nadziei, uśmierzeniem lęku. Ale nikt nie miał pojęcia co to jest ten KL Auschwitz….
Przyszła straszna, mroźna zima 40/41. Staszek pracował w komando elektryków (o czym wspomina ks. kard. Adam Kozłowiecki w swojej książce ”Ucisk i strapienie” str. 146).
Co „przeskrobał?”, czym się naraził kapo? Ostatecznie, według relacji Władysława Fuksy i Tadeusza Krupińskiego, znajdujących się archiwum muzeum oświęcimskiego, został straszliwie pobity, oblewany wodą na mrozie i w mękach zmarł. Było to 27 stycznia 1941 r. Rodzice dostali telegram dwa dni później. Przerażenie, rozpacz, niewiedza…
I tak już zostało. O Staszku nikt nic nie mówił. Przypominało go tylko duże zdjęcie na ścianie pokoju jadalnego. Rodzice do śmierci (w 55 i 71 r) nie zdjęli żałoby. Ostatecznej prawdy nie znali powtarzając tylko: ”zmarł o chłodzie i głodzie”.
Starszy brat Staszka, nasz Ojciec, dowiedział się o szczegółach od współwięźnia, pana Wyszatyckiego, który łagier przeżył. Bogu dzięki, że zachował to do śmierci rodziców w tajemnicy.
Dla nas, jego bratanków urodzonych już po wojnie, Staszek był postacią nieznaną, której losy przypieczętowała wojna, jak i wielu innych. Przy milczeniu dorosłych, uważaliśmy, że pytać nie można.





Stanisław (Staszek) Baraniecki – fotografie z archiwum rodzinnego.
Podrozdział 5
Listy Staszka z Auschwitz do Rodziców

List Staszka Baranieckiego z Auschwitz z 28 lipca 1940 roku – oryginał.

Pozostałe listy Stanisława z obozu, a także dodatkowe informacje o nim, zamieszczam w Aneksie IX.
Podrozdział 6
Napady na dynowski Dom i Aptekę
W czasie niemieckiej okupacji, Apteka działała normalnie, ale oprócz tej strasznej tragedii uwięzienia i zabicia najmłodszego syna Franciszka i Wandy – Stanisława, trzy inne wydarzenia, wstrząsnęły naszym Domem.
Oto one w relacji Franciszka Baranieckiego:
Pierwsze wydarzenie:
30.IX. 1943 O godzinie 7:30 wieczorem weszło do siedzących nas przy kolacji dwu zamaskowanych drabów z rewolwerami w ręku i zrabowali nam dwa zegarki, dwa pierścionki a Basi gotówkę. Z kasy cały dobytek. Obecni przy kolacji byli: Wandzia, Basia, p.Kamińska, Wojtuś, Andzio, Kazio i ja. Rabunek trwał 40 minut. Kasę otwierałem pod przymusem. Ztych dwu drabów był jeden – jest stwierdzonym – Józef Koczyło /a może Koryto – trudno odczytać drobniuteńkie pismo dziadzia/ z Pawłokomy, którego jakiś czas później zastrzelono.
Drugie wydarzenie:
16.XI. 1946 Około 10 1/2 wieczorem wpadli Ukraińcy do apteki, a było ich w trzykrotnem napadzie po około 100 drabów /ta część zdania jest b.nieczytelna/. Zrabowali doszczętnie z trzech pokoi (?) aptecznych wszystkie specyfiki, / tu słowo nieczytelne/ kilkadziesiąt naczyń aptecznych. Między tymi rabusiami było dwu lekarzy i jeden Mgr Ph /magister farmacji/. Około 10-15 sklepów zostało również całkowicie zrabowano i kilkoro ludzi zastrzelono. Zrabowali również u nas książki, wieloletnie zapiski, 10 książek Encyklopedii – wybili szybę w aptece i zniszczyli story. W tym czasie były ogromne deszcze i błota.
Trzecie wydarzenie:
W nocy dnia 23-24 sierpnia 1948 r. rabusie rozbili na nowym Cmentarzu siedem grobowców miedzy temi i nasz. Odsunięto trumnę śp. Matki.Przeszkodziła w otwarciu sztaba żelazna nadtrumienna (?). Ciotki Feli trumna pozostała na swoim miejscu naruszona. Sprawców nie odkryto.
Dokładny opis napadu UPA na Dynów zamieszczam w Aneksie XI.
Podrozdział 7
Czasy powojenne
Trzeba dodać, że przed wojną, do początku lat 40-tych, nasz Ojciec, oprócz regularnej pracy w aptece był także współwłaścicielem zakładu wytwórczego prawideł i obuwniczych kopyt zwanego “Kopyciarnia”.
Fabryka ta powstała jeszcze w dwudziestych latach i przetrwała do lat sześćdziesiątych kiedy to zmieniła nazwę na “Zakład Drzewny”, a jeszcze później na “Respan”.
Swoje udziały w tej fabryce Ojciec sprzedał w 1942 roku.
W zamian za otrzymane darowizny /Apteka i Drogeria/ mój Ojciec zobowiązał się do dożywotniego utrzymania rodziców czyli Franciszka i Wandy Baranieckich.
21 stycznia 1945 r. Kazimierz ożenił się z Małgorzatą Paygert, urodzoną 10 czerwca 1922 roku, córką Józefa Kalasantego i Józefy z Trzecieskich.

Małgorzata Paygert. Dynów 1942

Małgorzata i Kazimierz Baranieccy w dniu ich ślubu


Od lewej: herb Prus I rodziny Paygertów orraz herb Strzemię rodziny Trzecieskich.
Kazimierz Baraniecki był właścicielem Apteki do 8 stycznia 1951 roku, czyli do momentu upaństwowienia Apteki. Prawie dokładnie 6 lat.
Co się stało z Drogerią – nie wiem. Czy Ojciec sprzedał ją, czy też została zagrabiona tak jak i jego Apteka – nie wiem.
Młodsza siostra Kazimierza – Barbara, zamężna za Karolem Kaszyckim, wraz z synami Wojtkiem i Andrzejem wyjechała w 1947 r. z Polski najpierw do Niemiec, a potem do Anglii, skąd 18 stycznia 1952 roku cała rodzina Kaszyckich wypłynęła na emigrację do Stanów Zjednoczonych.
5 września 1948 r. Ojciec dostał powołanie do wojska i wyjechał do Łodzi.

Kazimierz Baraniecki, 1949 rok.
14 listopada wrócił na 3 dni i 17 listopada wyjechał do Lublina.
W Lublinie służył od 17 listopada 1948 do 17 czerwca 1949, a od 26 czerwca do 23 grudnia pełnił służbę w Gdyni na Oksywiu.
18 października 1948 moja Matka dostała zawiadomienie z Zarządu Miejskiego w Dynowie, że jako żonie oficera W.P. przysługuje jej karta zaopatrzeniowa kat. I, zaś dzieciom, tj. Marii ur. 10.IV.1946 i Markowi ur. 31.III.1948 przysługują karty zaopatrzeniowe kat. „I.R.D3”.
W ciągu około 15 miesięcy służby wojskowej Ojciec – w ciągu 9 miesięcy pracował jako farmaceuta, 3 miesiące jako referent ewidencji rachunkowej i 3 miesiące jako referent ekspedycyjny.
Kiedy dostał pierwszy oficerski stopień podporucznika – nie wiem. W każdym razie w chwili wydania legitymacji wojskowej 1 stycznia 1949 był już porucznikiem.
Moja Matka – Małgorzata z Paygertów Baraniecka, od 21 stycznia 1945, była zatrudniona w aptece na etacie opisywaczki. Pełniła też funkcję receptariuszki.
W październiku 1951 była typowana przez Centralę Aptek Społecznych na kurs pomocników aptekarskich, ale 10 kwietnia 1953 Centrala podjęła decyzję o nieprzyjęciu Jej na zaoczny kurs dla kandydatów na techników aptecznych.
Podrozdział 8
Nacjonalizacja Apteki
Realia tamtego okresu dobrze ilustrują notatki, które zapisał wtedy mój dziadzio Franciszek Baraniecki.
Oto one:
16 listopada 1950 roku odbył się kolejny rabunek apteki. Przyszło dwóch urzędników skarbowych. Zrobili całkowitą rewizję w aptece. Zrabowali cały zapas pieniędzy u Kazia w jego domu prywatnym. Mnie kazali otworzyć kasę Wertheimowską. Na szczęście nie znaleźli nic.
I kolejna notatka o upaństwowieniu apteki:
9.I.1951 około 8ej rano podczas mojego pobytu w kościele wpadło 4ech urzędników skarbowych z Brzozowa do apteki z tą wiadomością, że apteka zostaje upaństwowiona i po dokładnem sporządzeniu całkowitej zawartości zasobów aptecznych wraz z całem urządzeniem, około 3ej popołudniu odjechali. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobił na nas ten grom z jasnego Nieba. Czy utrzymamy się w mieszkaniu prywatnem nie wiadomo. Ponieważ Kazio jako dotychczasowy właściciel i zarządca apteki ograniczonym będzie tylko do płacy miesięcznej więc wysoki (?) dochód jaki był dla mnie został skasowanym.
Mój Ojciec, pozostał w aptece do 4 marca 1980 roku na stanowisku kierownika apteki, a więc przez 29 lat.
26 marca 1955 r. umarł dziadzio Franio, czyli Franciszek Baraniecki.
Podrozdział 9
Sprawa lasu
Jeszcze przed śmiercią dziadzia Frania oprócz grabieżczego upaństwowienia apteki trwały też i inne szykany.
Jedną z nich było zawłaszczenie przez państwo lasu w Bartkówce, który był w posiadaniu dziadzia od czasów przedwojennych.
To jest ciekawy przykład powojennego bałaganu.
6 sierpnia 1945 r. Sąd Grodzki w Dynowie na wniosek Franciszka Baranieckiego postanowił przywrócić jego posiadanie lasu w Bartkówce o powierzchni 13 ha, który był jego własnością od 1933 roku.
Na podstawie dekretu P.K.W.N. z 12.XII.1944 r., wszystkie lasy o powierzchni poniżej 25 ha, a więc las w Bartkówce wyłączone były z przejęcia przez Skarb Państwa.
Mimo to – chyba już po wydaniu tej decyzji przez sąd – władze doszukały się, że dziadzio ma jeszcze jeden las w Warze i jego powierzchnia wraz z powierzchnią lasu w Bartkówce przekracza 25 ha, a w związku z czym oba lasy przeszły na własność Państwa.
Nie doczytano, że dekret mówi o powierzchni 25 ha, ale wjednym kompleksie.
Coś jednak musiało sprawę wstrzymać, bo dopiero 8 lutego 1949 r. Dyrekcja Lasów Państwowych w Tarnowie przysłała decyzję o zwrocie lasu w Bartkówce. Tak jakby decyzja Sądu z 1945 r. w ogóle nie istniała.
Las przywrócono dziadziowi, ale jednocześnie postanowiono, że:
Ponieważ od 12.XII.1944 r. do 31.XII.1948 r. las był administrowany przez Państwo to Franciszek Baraniecki musi zwrócić Skarbowi Państwa koszty tej administracji (!) w wysokości 24.960 zł.
Kwota musiała zostać przez dziadzia wpłacona, bo las pozostał nasz i w późniejszych latach eksploatowaliśmy go robiąc różne wyręby i tnąc na deski – naturalnie zgodnie z zezwoleniami, o które wcale nie było tak łatwo.
Podrozdział 10
Spadek
Franciszek Baraniecki umarł i wkrótce potem rozpoczęło się postępowanie spadkowe po nim, ale sprawa nie była łatwa, bo z czasów przedwojennych zostały różne parcele, udziały, grunty rolne i lasy.
Dynowscy Żydzi wyginęli lub udało się im wyjechać, świadków nie było, a przede wszystkim panowała ciągła obawa, że rodzina zostanie posądzona o “bogactwa” i obłożona ogromnym podatkiem.
Wtedy też powstała ta słynna obawa dokwaterowania nam do mieszkania lokatorów, bo
w świetle nowych przepisów, metraż naszych mieszkań – tj. na parterze i na piętrze był za duży.
Niemniej spadek był i pretendowały do niego trzy osoby:
Wdowa po Franciszku – Wanda Baraniecka i jej dwoje żyjących dzieci:
Kazimierz Baraniecki
i
Barbara z Baranieckich Kaszycka
9 lipca 1957 roku Barbara Kaszycka podpisała u notariusza w Houston, Texas, USA oświadczenie, że nie ma pretensji do spadku po swoim ojcu, gdyż za jego życia została już wyposażona.
Oryginał tego oświadczenia jest w moim posiadaniu.
27 lutego 1962 r. podpisała także akt notarialny darowizny, w którym swoje udziały do spadku po Franciszku Baranieckim, a w szczególności do współwłasności działek gruntowych darowuje swojej matce i swojemu bratu.
Dodatkowo – 9 kwietnia 1962 roku Barbara Kaszycka podpisała jeszcze jeden akt notarialny, w którym udziela Małgorzacie z Paygertów Baranieckiej pełnomocnictwa do reprezentowania jej we wszelkich sprawach związanych m.in. ze spadkiem po Franciszku Baranieckim.
To pełnomocnictwo było niespotykanie szerokie i upoważniało moją Matkę do zarządu całym majątkiem ruchomym i nieruchomym Barbary znajdującym się na terenie Polski. Także do podejmowania wszelkich decyzji, reprezentowania Barbary we wszelkich sprawach jej dotyczących.
Nie ulega najmniejszej kwestii, że śmierć Dziadzia Frania była ogromnym wstrząsem dla całej rodziny. Tej bliskiej i tej dalszej. Także wielu znajomych przysłało list z kondolencjami – wydaje się, że prawdziwie szczerymi. Dziadzio był powszechnie lubiany, był spokojny i nienarzucający się, a jednocześnie stanowił ostoję i oparcie dla wszystkich.
Wraz z nim odchodził też duch mijającej epoki, prywatnej apteki, która przez 50 lat była jego miejscem pracy.
A ze spadkiem po nim były różne korowody, bo z czasów przedwojennych dziadzio był właścicielem oprócz domu z apteką także siedmiu parcel oraz dwóch kompleksów lasów, sporego areału gruntów rolnych – i wielu ruchomości, a wśród nich szeroko już wspomnianych obrazów.
Przyszły też podatki do płacenia i wszystko to powoli zaczęło budzić gorączkę wyprzedaży.
W latach sześćdziesiątych zaczęło się pojawiać coraz więcej handlarzy, wydrwigroszów i ludzi polujących na wszelkiego typu starocie.
Pojawił się też niejaki pan Aleksander Rybicki, który w przeciwieństwie do innych był autentycznym kolekcjonerem, kustoszem muzeum sanockiego i bardzo zasłużonym człowiekiem.
Zaczął przyjeżdżać. Nasz dom, przepełniony jeszcze wówczas starociami, był dla p. Rybickiego łakomym kąskiem.
Czy wszystkie te sprzedaże miały sens – trudno dziś ocenić.
Pieniądze były potrzebne – to na pewno, ale z drugiej strony Mamusia parła do pozbywania się niepotrzebnego balastu, który “był na jej głowie”!
Była po prostu zmęczona tą wielką, staroświecką “machiną” jaką był dynowski dom, brakiem jakichkolwiek wygód i wielką ilością starych rupieci.
Wszystko to przytłaczało ją.
Była jedyną sprawną siłą administrującą budynkiem i „użerającą się” z Funduszem Gospodarki Mieszkaniowej, który z ramienia Prezydium Rady Narodowej zarządzał „finansowaniem remontów i odbudowy zasobów mieszkaniowych”.
To nie były małe rzeczy!
W tamtych latach walka z urzędami to było wyzwanie!
No więc sprzedawało się co było można, a że p. Rybicki zawsze wykładał gotówkę na stół, targował się bardzo umiarkowanie, więc był zawsze mile widziany.
Dziś z perspektywy lat, wielu z tych sprzedanych przedmiotów szkoda. Mogłyby cieszyć oko i przypominać “czasy dawnej świetności”, ale “nie czas żałować róż” – było, minęło…
Podrozdział 11
Upiór z przeszłości
Przy okazji przeprowadzanego postępowania spadkowego po dziadziu Franiu zupełnie nieoczekiwanie, jak upiór z przeszłości, ni stąd ni zowąd, znowu wychynęła słynna Chana Mindla z Weinbergerów Fränkel!
Chodziło o uznanie zasiedzenia parceli, która przed wojną należała do Chany, a na której dziadzio Franio był zaintabulowany.
Ta intabulacja brała się stąd, że dziadzio pożyczył Chanie 1000$.
W dwóch ratach.
Pierwszy raz 3 września 1928 r. i drugi 3 lipca 1931.
Umowa sądowa z 18 grudnia 1935 roku wyraźnie stanowiła, że parcela stanowi zastaw dla pożyczonej sumy, która miała być płatna 31 grudnia 1935 r.
Dłużniczka – względnie właścicielka hipoteczna – Chana Mindla Fränkel nie była w stanie zapłacić długu – nawiasem mówiąc znacznie przewyższającego wartość nieruchomości – w związku z czym w styczniu 1936 roku obie strony podjęły umowę, że Franciszek Baraniecki przejmuje parcelę na własność.
Podrozdział 12
Ostatnie lata w Dynowie
Ostatecznie zasiedzenie zostało uznane, ale kolejne kłopoty piętrzyły się, bo skomplikowany podział gruntu, na którym stał nasz dom stwarzał dodatkowe trudności.
17 października 1971 r. zmarła wdowa po Franciszku Baranieckim – Wanda z Grochowiczów Baraniecka, po której zostało dwoje spadkobierców – Kazimierz i Barbara.
Barbara Kaszycka reprezentowana przez Małgorzatę Baraniecką, darowała Kazimierzowi swoje udziały w spadku.
18 września 1971 r. sporządzono do tego aktu – akt warunkowy – nazwany warunkową umową darowizny.
Chodziło o to czy Rada Narodowa nie skorzysta czasem z prawa pierwokupu.
Takie było prawo i państwo miało prawo pierwokupu do każdej sprzedawanej nieruchomości.
Umowa darowizny doszła do skutku i Kazimierz Baraniecki został jedynym właścicielem nieruchomości.
To już były czasy gdy jego dzieci przeniosły się do Warszawy a on sam kończył 43-letnią pracę w dynowskiej aptece i dokładnie 50-letnią pracę jako farmaceuta.
Z dniem 4 marca 1980 roku Kazimierz Baraniecki zakończył zawodową pracę i przeszedł na emeryturę.
Jednocześnie Miejska Rada Narodowa w Dynowie wyraziła chęć kupna całej nieruchomości.
Cenę, zgodnie z operatem szacunkowym ustalono na 458.484 zł.
Rzeczywista wartość obiektu była dużo większa, bo 2.439.351 zł, ale wzięto pod uwagę stopień zużycia, który zbił cenę do 1/5. Trudno się dziwić – przeszło sześćdziesiąt lat przypadkowej tylko konserwacji dało się budynkowi we znaki.
Po dokonaniu transakcji nasi Rodzice przeprowadzili się do Warszawy kończąc tym samym 142-letni pobyt rodziny Baranieckich w Dynowie.
Dzieci Kazimierza i Małgorzaty, po skończonych studiach podjęły pracę w Warszawie.
W 1969 roku Maria Baraniecka, wraz ze swoją rodziną, osiadła w Michalinie pod Warszawą.
W 1980 r. Marek Baraniecki, wraz ze swoją rodziną, wyemigrował do Kanady
W 1984 r. Marcin Baraniecki wraz ze swoją rodziną, także wyjechał do Kanady.
Pięć pokoleń – Zakończenie
Historia, którą tu przedstawiłem rozciąga się na prawie trzy stulecia, ale nasza Rodzina mieszkała w Dynowie niewiele ponad 140 lat.
W kategoriach historycznych to nie jest długi czas, ale i tak wiele jej fragmentów jest ogromnie trudnych do odtworzenia.
I chociaż w naszej Rodzinie dbano o zachowanie pamięci o przeszłości i miałem ogromną pomoc w dokumentach, pamiętnikach, wspomnieniach, a przede wszystkim w fenomenalnej pamięci mojego Ojca, to i tak wielu fragmentów nie udało mi się wyjaśnić!
Nie udało mi się ich odkopać i wydobyć na światło dzienne.
Moja opowieść o pięciu pokoleniach naszej Rodziny kończy się na roku 1980, ale to przecież nie koniec!
Jak wspomniałem Kazimierz i Małgorzata Baranieccy, mieli troje dzieci a teraz te dzieci są już dziadkami.
Tak więc do opisanych pięciu pokoleń, trzeba dodać trzy nowe pokolenia Rodziny.
Zostawiam im tę pracę krzepiąc się nadzieją, że będą ją uzupełniać i przekazywać swoim wnukom i prawnukom!
Bo my, Baranieccy, kochamy naszą przeszłość!
Pięć pokoleń – Aneks I
Zawód farmaceuty w XIX wieku
W XIX wieku droga do zawodu aptekarza wyglądała inaczej niż dziś, w XXI wieku.
Warto ją tutaj wyjaśnić, ponieważ bez tego trudno zrozumieć późniejszą historię dynowskiej apteki.
Aptekarstwo było zawodem wymagającym fachowego przygotowania. Nie wystarczało odziedziczyć aptekę albo posiadać pieniądze potrzebne do jej kupienia.
Przyszły farmaceuta zdobywał doświadczenie praktyczne w aptece, następnie kontynuował naukę i odbywał studia prowadzące do uzyskania stopnia magistra farmacji.
Sytuacja zawodu farmaceuty w Cesarstwie Austro-Węgierskim była dość ściśle określona. Począwszy od 1804 roku każdy kto chciał zostać aptekarzem zobowiązany był do odbycia jednorocznego kursu na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Wiedeńskiego i złożenia egzaminu.
Egzamin składany był przed Radą Aptekarską powołaną przez Cesarza Franciszka II w 1796 roku, a nie przed przedstawicielami Uniwersytetu, jakkolwiek Wydział Medyczny był uprawniony do sprawdzania merytorycznego przygotowania aptekarzy do wykonywania zawodu.
Po egzaminie następowały minimum dwa lata praktyki w aptece. Coś w rodzaju czeladnictwa.
Na marginesie dodam, że począwszy od 1853 roku studia trwały już dwa lata i dawały tytuł Magistra Farmacji.
Pomimo tych regulacji studenci farmacji nie byli traktowani jako pełnoprawni studenci, ponieważ nie wymagano od nich zdanej matury.
To niewymaganie świadectwa ukończenia szkoły średniej trwało aż do 1920 roku.
W połowie XIX wieku studia farmaceutyczne były wymagane tylko w przypadku kupna apteki albo pracy jako “Prowizor” – tak jak to było w przypadku Augusta.
Uzyskanie tytułu było kosztowne i wielu asystentów nie było na to stać.
Ci, którzy nie kończyli studiów zostawali asystentami.
Koszt kupna apteki był tak wysoki, że tylko nieliczni mogli sobie na to pozwolić.
W rezultacie wytworzyły się dwie grupy asystentów farmaceutycznych: tych z wykształceniem, ale nie mogących kupić własnej apteki i tych, którzy bez spełnienia warunków akademickich zostawali dożywotnimi asystentami.
To tyle tytułem wyjaśnienia sytuacji aptekarzy w połowie XIX wieku w Galicji.
Pięć pokoleń – Aneks II
Kryminalna sprawa Antoniego Frischmanna
Z Antonim – bratem Franza – wiąże się pewna ponura i nie całkiem jasna historia.
Przytaczam ją tutaj li tylko z kronikarskiego obowiązku.
Otóż zgodnie z dokumentami Antoni Frischmann był miejskim kasjerem w Śniatynie, a dodatkowo zarządzał ziemskimi dobrami Kornicz koło Kołomyi.
W 1848 roku tenże Antoni /dla jasności powtarzam – brat Franza/ wniósł podanie do Galicyjskiego Wydziału Stanów o potwierdzenie szlachectwa.
To była wtedy zwykła procedura wprowadzona jeszcze w 1772 roku przez Austriaków w celu ujednolicenia praw i obowiązków stanowych.
Akurat w Galicji wielu ze szlachty z patriotycznych względów ignorowało ten nakaz, ale wielu zgłaszało się do Urzędu i przedstawiało rodowody, herby itd. w celu zatwierdzenia.
Tak więc Antoni wystąpił o potwierdzenie, ale Urząd odmówił mu argumentując, że nie posiada metryk szlachty węgierskiej.
W tym samym czasie – chociaż nie sądzę, żeby to było jakoś powiązane z podaniem o potwierdzenie szlachectwa – wyszła sprawa jaka miała miejsce pomiędzy Antonim – jako kasjerem miejskim – a niejakim Franciszkiem von Eichhorn właścicielem ziemskim z Wołczkowic w obwodzie kołomyjskim.
Oto uwierzytelniony odpis wyroku z app [apelacyjnego?]. liczb [nr?]. 1386”
Królewsko-Cesarski Galicyjski Sąd Apelacyjny
Utrzymuje wyrok Królewsko-Cesarskiego Sądu Karnego w Stanisławowie z dnia 13 czerwca 848, liczb[nr?]. 13670 który dotyczył rozpoczętą 20 listopada [poprzedniego?] i zakończoną 9 czerwca 848 roku sprawy Antoniego Frischmanna i dokonania [przez niego] na właścicielu ziemskim z Wałczkowic Franciszku von Eichhorn przestępstwa kradzieży, za które sprawca został skazany na osiem lat lochów, utraty rzekomego szlachectwa węgierskiego i wypłacenia odszkodowania Franciszkowi Eichhornowi w wysokości 5647 sztuk dukatów holenderskich oraz opłacenia kosztów postępowania karnego, które Franz Eichhorn zachowuje na wypadek konieczności dochodzenia dalszych swoich praw, karę pozbawienia wolności, redukujemy jednak do pięciu lat lochów.
Eder, m/p. Galicyjski Sąd Apelacyjny w Lwowie
17 lipca 848 roku. Rogalski m/p.
Niniejszy wyrok apelacyjny został odczytany
Antoniemu Frischmannowi dnia dzisiejszego. 25 Lipca 848 Dobrzański m/p.
Treść zgodna z oryginałem
[Podpis nieczytelny].
O jaką kradzież mogło chodzić, zważywszy, że Antoni był państwowym urzędnikiem?
Być może chodziło o jakieś nadużycie służbowe?
Nie mam żadnych innych dokumentów, które mogłyby tę ponurą sprawę wyjaśnić szerzej.
Pięć pokoleń – Aneks III
Listy Stanisława Adolfa z Ameryki
Stanisław Adolf Frischmann – syn Augusta i Wandy Salomei.
Ur. w Dynowie w 1878, zm. w Buffalo, NY, USA 1930.
W naszym Domu, niewiele się o nim mówiło, a jeśli już, to z odcieniem jakby smutku, czy żalu…
Jego portret wisiał w ciemnym przedpokoju i to też mówiło samo za siebie.
O tym co robił przed wyjazdem na emigrację zachowały się tylko strzępy wspomnień.
Podobno pracował jako kelner w Krakowie w restauracji „U Hawełki” i podobno służył w austro-węgierskiej marynarce wojennej w Trieście, ale prawdę mówiąc nie ma na to żadnych dowodów.
Dowody pojawiają się dopiero od momentu jego wyjazdu do Ameryki.
Otóż w czerwcu 1902 roku, Stanisław Adolf, wsiadł w Hamburgu na pokład niemieckiego statku S.S. Patricia należącego do niemieckiego towarzystwa okrętowego „Hamburg America Line (HAPAG)”.
Bilet trzeciej klasy kosztował go około 30$ co odpowiada dzisiejszym 1.100 $.
Stanisław kupił ten bilet, a w kieszeni zostało mu 14$ i taką kwotę zadeklarował w amerykańskim urzędzie imigracyjnym.
Po dziesięciodniowej podróży, statek S.S. Patricia, dopłynął do Nowego Jorku 12 czerwca 1902 roku.
Warunki podróży w trzeciej klasie liniowca Patricia były – powiedziałbym – surowe, bo pasażerowie spali razem, na łóżkach bardzo blisko siebie.
Statek zabierał przeszło dwa tysiące pasażerów. Łazienek było tylko kilka z zimną wodą lub letnią z oceanu.
Na całe szczęście w cenę biletu wliczone było wyżywienie. Dość proste. Gulasze, kapusta, chleb.
W olbrzymim pomieszczeniu pod pokładem, gdzie spały te setki podróżujących, zaduch był nie do wytrzymania!
Na całe szczęście wydzielono część pokładu, na który pasażerowie trzeciej klasy mogli wyjść i zaczerpnąć świeżego powietrza.
Po przyjeździe do Nowego Jorku, Stanisława poddano badaniu. Taka była procedura.
Stanisław Adolph nie był wysoki. Mierzył 168 cm wzrostu, miał niebieskie oczy i – jak napisano – brązowe włosy.
Jako cechę szczególną napisano „brak pierwszego paliczka w prawym palcu serdecznym”. To mogła być wada wrodzona, ale mógł też być uraz nabyty później.
Jak wspomniałem, zadeklarował, że ma 14$, co odpowiadało dzisiejszym około 500 dolarom. Minimum potrzebne na start.
Miał 24 lata.
Zadeklarował także, że zatrzyma się u kuzyna na Lower East Side, 14 Lewis Street, ale to był tylko tymczasowy adres.
Później zmieniał adresy dość często.
W liście z 17 listopada 1903 roku mieszkał już na Brooklynie.
Począwszy od 9 grudnia 1904 roku, listy do Dynowa urwały się. Prababcia Wanda i dziadzio Franio, a wraz z nimi cała rodzina, czekała, czekała, aż wreszcie 23 lipca 1905 roku zdecydowano się wysłać list do Konsulatu Generalnego Austro-Węgier w Nowym Jorku.
8 września 1905 r. przyszła odpowiedź, że Stanislaus Frischmann zamieszkuje w Nowym Jorku pod adresem 199 E. 4th str.
To nie była prawda. Konsulat podał dziadziowi stary, nieaktualny adres. Nie zrobił tego złośliwie ale faktem jest, że nie wysłał tam urzędnika, żeby fizycznie sprawdzić czy Stanisław Adolf rzeczywiście tam mieszka i podał adres ze starych wpisów z 1902 roku.
Stanisław zaś – który już wtedy używał imienia Adolph lub Stanley – mieszkał wówczas pod innym adresem.
W Nowym Jorku przebywał do 23 maja 1908 roku, kiedy to wyjechał na dwa tygodnie do Niagary w kanadyjskim Ontario, gdzie pracował u jakichś Żydówek. Przypuszczalnie jako kucharz.
Nie był jednak zadowolony, więc wrócił do Ameryki – do Buffalo, gdzie zaczęło mu się nieco lepiej powodzić.
W 1909 roku na jakiejś wystawie w Buffalo dostał za swoje dania dwie pierwsze nagrody i jedną drugą.
Czując się nieco pewniej „w siodle”, pojechał do Virginii gdzie dostał pracę głównego kucharza w jakimś hotelu, a tam zakochała się w nim żona pryncypała i usilnie namawiała go, żeby ją wziął do Dynowa.
„Wezmę z banku 1000 $ i pojedziemy, a matce powiesz, że jesteśmy małżeństwem” – mówiła.
Nic z tego nie wyszło, bo jak napisał w liście do matki, żadną miarą nie mógłby jej skłamać i opowiadać, że kobieta, z którą przyjechał jest jego żoną.
Musiał już wtedy mieć jakieś pieniądze, bo deklarował, że kupi bilety Matce, Wandzi i Kaziowi do Hamburga, czy do Fiumy nad Adriatykiem, żeby się tylko mogli zobaczyć, bo tak tęskni.
Z tego też nic nie wyszło.
Kilka razy okradziono go do szczętu. Został – jak pisał – „goły jak święty turecki”.
W tym czasie, jego brat Franciszek, zgodnie z kontraktem darowizny apteki, finalizował spłaty rodzeństwa.
Stanisławowi przypadło 7000 koron i ta suma została wpłacona przez dziadzia na książeczkę bankową.
Stanisław nic o tym nie wiedział, a taka suma przydałaby mu się wtedy ogromnie.
Kontakty z Dynowem były coraz rzadsze.
W końcu doszło do Wielkiego Kryzysu 1929, który Amerykanie do dziś wspominają z grozą w oczach. To były straszne lata! Możliwości pracy skurczyły się do zera.
Stanisław Adolf Frischmann zmarł nagle na pęknięcie tętniaków odcinka piersiowego aorty.
Był 10 grudnia 1930 roku godzina 11:30 rano w Buffalo.
Wieść o jego śmierci musiała dotrzeć do Dynowa dość szybko, bo już w styczniu 1931 roku adwokat dziadzia – Stanisław Sosnowski – wysłał do Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej w Buffalo pismo w sprawie ewentualnego spadku po zmarłym.
Odpowiedź przyszła 9 lutego 1931 r. Załączam ją tutaj.
I to chyba wszystko. Ciągle jeszcze wiele spraw pozostaje niewyjaśnionych. Być może ktoś, kiedyś znajdzie determinację aby je dogłębnie wyjaśnić, ale na razie musimy poprzestać na tym co mamy.
Po Stanisławie Adolfie Frischmannie zachowały się listy.
Są niezwykłe właśnie dlatego, że nie opisują wielkich wydarzeń historycznych.
Opisują zwykłe życie emigranta.
Około 1930 roku – gdy cały świat wił się i jęczał pod jarzmem Wielkiego Kryzysu, a w Nowym Jorku spadające z wieżowców ciała samobójców zniechęcały do jakichkolwiek spacerów – rodzina dziadzia Frania miała się nadzwyczaj dobrze.
Nieco wcześniej przyszła wiadomość o Stanisławie Adolfie Frischmannie z Ameryki.
Wiadomość ta pochodziła od dawnego mieszczanina dynowskiego Jakuba Wyszatyckiego, z którym dziadzio Franio był w dobrej komitywie, a którego cała rodzina wyemigrowała jeszcze przed I wojną do Ameryki.
Po wojnie Jakub pojechał ich odwiedzić i przywiózł wiele informacji. Między innymi także o Staszku.
Ostatnia wiadomość pochodziła od Niemca Schwarza, który przekazał Staszka prośbę o przysłanie mu zapomogi, bo jest w nędzy. Niestety nim się porozumiano Stanisław umarł. To był grudzień 1930 roku.
A oto jego listy, które na przestrzeni przeszło 25 lat, przysyłał do Dynowa.
Chronologicznie.
New York, 12/1 903
Kochana Matuś,
Nic sobie Matuś z tego nie róbcie że nic nie piszę bo właściwie co będę pisał kiedy wiem żeście Matuś i Franz zdrowi. Ja także zdrów jestem i mogę powiedzieć, że sto razy zdrowszy i mocniejszy jak w domu byłem ale co z tego kiedy nie mam żadnej roboty.
Od tego czasu jak ostatni list pisałem do Frania nic nie robię, miałem wprawdzie miejsce za kucharza, ale sami Matuś wiecie jaki ze mnie kucharz, tak i mój pryncypał poznał się na moim kucharstwie i powiedział mi żebym uciekał od niego no i nic nie robię i już mi się we łbie przewraca co będzie dalej bo mi się już przykrzy tak siedzieć bezczynnie. Wprawdzie śmierci głodowej się nie boję bo mam w banku 62 dolary i przy sobie także parę więc mogę siedzieć jeszcze jakiś czas, ale już mi się przykrzy i gonię cały dzień po biurach i tak po handlach i restauracyach i pytam czy nie ma roboty i zawsze nic.
Teraz taki czas że żebym nie skłamał ale bez roboty chodzi co najmniej 250.000 ludzi i każdy kontent jak za wikt i mieszkanie robi i ja już o tem myślę bo co mam robić. Już sobie myślę że w tym tygodniu jeżeli nie dostanę roboty to pójdę do terminu do piekarni jakiej albo co… Zresztą nic mi nie brakuje kochana Matuś zdrów jestem, apetyt mam, śpię także dobrze tylko mnie to jedno z głowy nie może wyjść że do grudnia miałem jakie takie szczęście a teraz nic i nic. Ot, czytam dzisiaj w anonsach, że potrzeba kelnerów na okręt który jedzie do Indii nie złe by to było ale jeżeli Matuś czytacie gazetę to może Mamcin czytaliście ile okrętów się obecnie zatapia i rozbija z powodu burz więc i mnie się nie bardzo chce jechać. W ogóle obecnie po morzu straszne burze panują, ale kto wie czy się nie namyślę iść na okręt byle tylko do kwietnia przebidować a potem to sięda tyle zarobić, że za całą zimę odbije.
Już i tak sobie postanowiłem, że tych 62 dolarów z kasy nie ruszę żebym miał nawet buty ze siebie sprzedać i co jest jeszcze najgorsze, że tu żadne miejsce nie jest stałe tylko dziś robię a jutro już mogę nie robić żebym nawet najuczciwszym był bo pomyślcie sobie Matuś o taki kraju gdzie tyle zbójów i rozmaitego gatunku ludzi się chowa a jak się przychdzi na posadę to się pryncypał o żadne dokumenta ani o nic nie pyta więc sami Matuś pomyślcie sobie jakby jakiś wędrowiec przybył do Dynowa i nie miał żadnych dokumentów i czybyście go przyjęli do roboty?
Ale tu są inne stosunki, o których opisać się nie da i nikt by w to nie uwierzył.
Czytałem przed paroma dniami że potrzeba inżyniera. Taki może się tylko zgłosić co umie mięso krajać, więc w Galicyi o tem jakiemu inżynierowi czyby się nie roześmiał /chyba pomylony szyk zdania – przyp. mój/, albo potrzeba inteligentnego człowieka do towarzystwa staremu panu. 40 dolarów na miesiąc i wikt i mieszkanie ano lecą tam i ten co przyjmuje mówi, że ta posada kosztuje 10 dolarów. Płaci sie te 10 dolarów, dostaje się tę posadę a ten stary pan wyrzuca człowieka po dwóch dniach a temi 10 dolarami dzielą się z tym co przyjmował i takie złodziejstwa się dzieją i ta cała Ameryka jest nie więcej jak humbing i jak kto może tak cygani i kradnie.
A wy Matuś ciągle myślicie że tu złoto na ulicach leży. Gdybym był jakimś rzemieślnikiem to jeszcze, ale że ja tutaj niczem nie jestem to także jak mogę tak cyganię bo co mam robić.
Dałbym Wam Matuś adres do siebie ale nie wiem gdzie się jutro obrócę więc jak tylko dostanę jaką robotę to zaraz Wam Matuś napiszę i adres podam.
Całuję Wam Matuś Rączki i Frania całuję serdecznie
Wszystkim ukłony
Kochający i wdzięczny syn
Stanisław
A oto dwa kolejne listy Stanisława Frischmanna pisane do jego matki – Wandy Salomei z Baranieckich Augustowej Frischmannowej.
Brooklyn 17/11 903
Najdroższa Matuś!
W Dniu Imienin życzę Wam Najdroższa Matuś wszystkiego najlepszego z przede wszystkim zdrowia.
Pisałem do Was Najdroższa Matuś jeszcze z końcem sierpnia no i dotychczas nie dostałem żadnej odpowiedzi. Z tego miejsca gdzie byłem w lecie odszedłem bo to tylko było na lato a teraz to od trzech tygodni robię gdzieindziej. Ot, powodzi mi się o tyle dobrze, że zdrów jestem przynajmniej, ale się narobię jak koń od 5-tej rano czasem ido 11-tej w nocy w niedziele robię nawet.
Czy dom już ukończony? Franio czy zdrów? Ta odpiszcie mi Najdroższa Matuś wkrótce co słychać w domu, czyście zdrowi i co ze szwagrem się dzieje? Dusia czy zdrowa i Zosia i jaki jest do niej adres w Przemyślu? Co się dzieje z Filipem, bo jeszcze do mnie nie pisał, on coś zły na mnie jest.
Ja bo nie mam Wam Najdroższa Matuś co pisać bo nic nie wiem co się w domu dzieje bo nawet nie pamiętam keidy list od Was dostałem. Jeszcze raz Najdroższa Matuś życzę Wam wszystkiego najlepszego i żeby Pan Bóg pozwolił Wam jak najdłużej w zdrowiu i szczęściu żyć.
Całuję Wam Najdroższa Matuś Rączki, Frania i Dusię całuję serdecznie
Wdzięczny i kochający Was syn
Stanislaus Frischmann
c/o Mr. Ch. Lutz
Harrison Ave Nr. 185
Brooklyn N.J.
Amerika
Wszystkim znajomym ukłony.
Kolejny list z 14 marca 1910 roku z Buffalo. Zachowuję oryginalną pisownię, ale w niektórych miejscach poprawiam oczywiste usterki.
Najdroższa Matuś!
Życzę Wam wszystkiego najlepszego przy zbliżających się Świętach a przede wszystkim zdrowia. Już dawno nie nie pisałem, ale co mam pisać kiedy zawsze jedno i to samo ze mną jest. Miałem na myśli przyjechać do domu, ale sobie to wybiłem z głowy. Takie myśli zawsze mi przychodzą do głowy jak mi się przykrzy to uganianie za szczęściem ale to jest zawsze jedno i to samo.
Od Nowego Roku to parę tygodni robiłem wszystkiego. Teraz mam znowu miejsce dostać za parę dni, ale nie w Buffalo, znowu czekam i to tak zawsze idzie jednym trybem.
Jak teraz zacznę robić to będę parę miesięcy siedział na jednym miejscu, a potem pojadę do Californii, przynajmniej zwiedzę trochę światu no a przy tem trochę rozmaitych przygód.
12 marca przyjechałem z Wodospadów Niagary – byłem tam cały tydzień robiłem u Żydówek z Węgier, ale mi to żydowskie panowanie się sprzykrzyło, zabrałem manatki i jestem znowu w Buffalo.
Najdroższa Matuś gdybym był powieściopisarzem to bym mógł dzieło w paru tomach napisać o moim pobycie w Ameryce, ale i tak nigdy nie tracę nadziei że przyjadę do domu ale tylko w odwiedziny i znowu pójdę na wędrówkę. Majątku żadnego nie zrobię a zresztą jeszcze nie wiem, może kiedy i zrobię ale żyję jakoś chociaż nie raz źle mi idzie, ale nigdy nie narzekam, bo mi to nic by nie pomogło chociażbym i narzekał.
Co słychać w domu? Napiszcie mi Najdroższa Matuś co o Dynowie. Całuję Wam Rączki po niezliczone razy wdzięczny i kochający Was syn Stanisław
Na odwrocie jest krótki list do dziadzia Frania i babci Wandzi:
Kochany Franiu i Wandziu!
Życzę Wam Wesołych Świąt i co sobie sami życzycie. Ja o Świętach nie myślę bo nie wiem gdzie będę.
Co słychać i jak Ci się powodzi? Napisz mi co. Byłem parę tygodni słaby ale jakoś wylizałem się z resztą ni nie ma u mnie nowego. Co słychać z Filipem? Nic nie pisałem do Niego ale jak on mi co napisze to Mu odpiszę. Jak tam z Banachem czy co piszecie do siebie? Jak tam familja Twoja czy się powieksza a nawet naprawdę nie wiem ile dzieci masz. Napisz mi co o sobie. Odpisz mi wkrótce i całuję Ciebie, Wandzię i dzieci
Szczerze Cię kochający brat St.
Adres
Adolph Frischmann
c/o Sam Kirchmann
130 Broadway
Buffalo N.Y.
Kolejny list Stanisława Adolfa Frischmana z USA nie ma daty. Wydaje mi się, że został napisany po przekazaniu Apteki Franciszkowi co miało miejsce w 1911 roku . Ten list – jak i wszystkie inne – jest dramatyczny. Stanisław pisze, że chciałby się chociaż “odjeść”… Pozostawiam bez komentarza, bo listy same mówią za siebie.
Kochany Franciu i Wandziu!
Franeczku Kochany aż sam nie wiem co Ci odpisać na ten ostatni list ale w każdym razie dziękuję Ci że tam o mnie pamiętasz, ale Franeczku kochany wziąwszy na uwagę bo przecie i mnie już czas najwyższy żeby mieć trochę rozumu to tak Bogiem a prawdą to bym się rozpłakał gdybym do domu przyjechał i za te pieniądze, na które Ty i Mama napracowali się, żebym ja się miał dorabiać kiedy ja także miałem sposobność do złożenia coś kolwiek a żem nic nie zdziałał dla siebie to nie mam we zwyczaju winować kogo innego tylko myślę sobie Staszek twoja maxima culpa.
Wstyd mnie jakoś Kochany Franeczku przyjąć Twoją propozycję. Wandzi bym się wstydził i małego Kazia żem głupi bo miałem sposobność dojść tam do czegoś a żem nie doszedł to stało się. Zresztą nie narzekam że szczęścia nie miałem albo nie mam, zawsze jakoś …
tu brakuje kolejnej kartki …
…Murzynów. Przypomniały mi się te miesięczne książeczki i te murzyny wymalowane na okładzinkach i ja jak byłem mały w domu a to przecie tyle lat temu a jak to zleciało. Najdroższa Matuś co zrobił Henryk Niewolkiewicz napiszcie mi co to z nim się stało? Napiszcie Najdroższa Matuś jak tam Zosia i Dusia to pewnie juz duże dajcie mi adres do Nich to bodaj kartkę im poślę.
Napiszcie mi co o Dynowie żebym wiedział co bo ja tutaj to nic nie wiem tyle, że kawał światu to widziałem.
Jak tam Babcia Przychodzka?
Cieszę się Najdroższa Matuś, że Wszyscy zdrowi w domu ta i mnie nic nie brakuje ale nie raz sobie myślę żeby tak bodaj na tydzień być w domu i odjeść się.
Napiszcie mi wkrótce list Najdroższa Matus i całuję Wasze Rączki po niezliczone razy
Zawsze wdzięczny i kochający syn
Stanisław
To są kolejne listy Stanisława:
Pittsburg 15/12 1910
Najdroższa Matuś,
W Dniu Bożego Narodzenia i z N. Rokiem przyjmcie najszczersze życzenia wszelkiej pomyślności. Ja jestem jeszcze w Pittsburgu aż dopiero po N. Roku wyjadę ztąd pewnie nie wiem gdzie ale tu jest taka bieda żeby nikt nawet nie uwierzył. Nawet nie piszę Wam co ja robię bo mnie aż wątroba się wywraca. Nie mam szczęścia czy co tam nie wiem. Odkąd z Nowego Jorku wyjechałem gonię po świecie ale i to już mi się sprzykrzyło. 30 czerwca wyjechałem z Detroit do Buffalo i w ten sam dzień dostałem miejsce 20 dolarów za tydzień. Wyjechać miałem na drugi dzień. Spakowałem moje manatki, położyłem się spać, zbudziłem się a mnie wszystko ukradziono tylko zostałem tak jak w łóżku leżałem. Fotografie, papiery i rzeczy wszystko skradzione. Na policyę dałem znać dedektywa sprowadziłem, jakby kamień w wodę.
Żadnego miejsca nie mogłem wziąść bo jak gdzie pójdę kiedym goły został.
Porzyczyłem sobie ubranie dostaje miejsce na najszybszym pociągu na swiecie on jeździ z Chicago do N. Jorku. jest w N.Jorku t uznowu jak wyjeżdżałem zostawiłem kufer złoty zegarek, szpilke z brylantem i jedną z opalem – myślę sobie trzeba to zastawić i jakoś się do porządku przyprowadzić. Idę tam i co te rzeczy 2 lata temu jak kuferek rozbili a rzeczy skradli a ja nic do nikogo nie pisał tam i nic nie wiedział.
Teraz znowu w Pittsburgu miałem dosyć pieniędzy i 8 listopada skończyła się moja robota. Dostałem pieniądze i myślę 9-go to było we środę wyjadę do N.Jorku albo do Chicago także w najlepszej myśli kładę się spać. Jak z rana zbudziłem się byłem goły jak św. turecki wszystko oskradziono no i kogo szukać. Dosyć, że…
Tu list się urywa.
Clarksburg W.Va 27/2 1911
Najdroższa Matuś!
List ostatni otrzymałem i żeby tak prawdę Najdroższa Matuś napisać to mi się aż łzy puściły z oczów. Jakieś miętkie serce mam i nie ma dnia żebym sobie o domu nie myślał, ale sam nie wiem co o tem myśleć. Już miałem najświętsze zamaiary jechać do N. Jorku a tam to o to najmniejsza troskaby była żeby do domu zajechać. Wszystko ułożyłem dobrze, stało się inaczej. Jeste w Virginii, kawał drogi z Pittsburga bo jak wsiadłem na pociąg z rana o 8-ej to byłem na miejscu o 11:30 w nocy. Jestem w jednym hotelu Chefem. W kuchni robią same murzyny i ja mam tytuł Chefa, a jak do tego przyszedłem tom także nigdy Wam nie pisał. Otóż 2 lata temu na wystawie w Buffalo za 3 kawałki com dał na wystawę dostałem 2 pierwsze nagrody a 1 drugą i nie raz śmieję się sam z tego jak ja do kucharstwa przyszedłem.
Najdroższa Matusiu, teraz zacznę co innego a mianowicie co do tego ostatniego listu gdzie piszecie czym się nie rozpuścił to sam nie wiem co napisać o tem, ale Najdroższa Matuś to wiem, że Was strasznie kocham i przyjechałbym do domu, ale się was boję jakoś a najlepszy dowód, że jak mego pryncypała żona chciała wyjąć z banku 1000 dolarów i ucieknąć ze mną do Dynowa i żebym skłamał przed Wami, że to moja żona to aż mi się głupio zrobiło. Myślę sobie jakże będę kłamał przed Wami? Przecie bałem się Was Najdroższa Matuś, ale tej jesieni to muszę Was widzieć. Przyjadę do Hamburga albo do Fiummy(?) wszystko mi jedno gdzie i poślę Wam na podróż i przyjedziecie z Wandzią i Kaziem. Wiecie Najdroższa Matuś że żeby jak najlepiej się człowiekowi powodziło na obczyźnie to przecież coś ciągnie do domu.
Wiecie Najdroższa Matuś tego byście nigdy nie uwierzyli co mi przyszło na myśl jak tu przyjechałem gdzie obecnie jestem i zobaczyłem w kuchni…
Na tym urywa się ten ciekawy list. Następny i ostatni jaki mam /i jaki się zachował/ pisany jest chyba do cioci Feli.
Buffalo 16/1 1927
Kochana Ciociu!
List od Cioci i fotografię Filipa otrzymałem. W tym ostatnim liście zapytuje się Ciocia jak ja Święta obchodzę, a że te nostatni list otrzymałem 22 grudnia to Święta jeszcze się nie zaczęły, a że teraz po Świętach i N.Roku to mam dobry temat do pisania. We środę o mały włos że nie robiłem, we czwartek tak samo. W Piątek była Wigilja, a że przez tyle lat nie obchodziłem Świąt to cały dzień nic nie jadłem i ja nie pamiętam żebym kiedy jadł mięso w ten dzień. Zresztą i w Ameryce można być człowiekiem i pościć dwa razy do roku to jest w Wigilję i Wielki Piątek.
Sobota 25 grudnia uroczyste Święto przypatrzyłem się fotografii Frania i Filipa i całey Familji pocałowałem Was Wszystkich i zmówiłem pacierz za Was Wszystkich. To było z rana a na wieczór dostałem pracę i jak do domu przyszedłem była Niedziela rano. O 4 tej położyłem się i pomyślałem o tym ostatnim liście od Cioci jak ja święta obchodzę.
W Niedzielę wieczór wyszedłem z domu i spotkałem starego przyjaciela Niemca. Po rozmowie z nim dałmi pracę na 6 dni. Za każdy dzień dostałem 7 dolarów to uczyniło 42. Po zapłaceniu moich rozmaitych wydatków i mieszkania zostało 12 dolarów. Co ja robiłem przez 6 dni to trudno opisać – dosyć, że na zakończenie Starego Roku mieliśmy 300 osób na kolacyę a w N.Rok to była zimna przekąska było 997 osób i to co nam trzem zbawiło 6 dni przygotować te rzeczy to w 2 1/2 godziny nic nie zostało.
Od Nowego Roku do dzisiaj to jest 16 stycznia jeszcze nic nie robiłem.
Kochana Ciocia chce wiedzieć czy ja podróżowałem po Ameryce? Tak, ja się dosyć najeździłem i widziałem rozmaitości ale najśliczniejsze to są Wodospady …
W tym momencie list znowu się urywa.
To są wszystkie listy jakie mam po Stanisławie Frischmanie.
Stanisław nigdy się nie ożenił.
Nie miał dzieci.

Akt urodzenia Stanisława Adolfa Frischmanna

Akt zgonu Stanisława Adolfa Frischmanna

Pismo z Konsulatu w Buffalo, w sprawie Stanisława Adolfa Frischmanna



Książeczka oszczędnościowa z wpłatą 7000 złotych. To była kwota, jaka przypadła dla Stanisława Adolfa w ramach spłat dokonywanych przez Franciszka Frischmana po otrzymaniu Apteki.

Karta imigracyjna Stanisława Adolfa Frischmanna

Stanisław Adolf Frischmann nad Niagara
Pięć pokoleń – Aneks IV
Listy Karoliny Baranieckiej i stan rodzinnych interesów
Karolina umarła 23 lipca 1863 roku.
Przed śmiercią prowadziła korespodencję ze swoją przyjaciółką Marynią Żywicką.
Były pisane pomiędzy 1855 a 1863.
Dwa listy adresowane są do jej siostry Emilii /Milci/, a dziewięć do przyjaciółki Maryni Żywickiej albo Żewickiej.
Zacznijmy od dwóch listów do siostry Emilii.
Jeszcze tylko parę słów wyjaśnienia.
Przed wieloma laty mój Ojciec tak pisał o siostrach Karoliny:
„Siostry Karoliny Papst: Matylda, która wyszła za Józefa Ortyńskiego i dożyła 107 lat oraz Emilia, która wyszła za niejakiego Kube i umarła mając 102 lata.
Mieszkały na Dąbnikach w Krakowie.
Córka jednej z nich była cudownej piękności, ale niewidoma, mimo to zakochał się w niej i ożenił jeden z Wańkowiczów – magnat z Białorusi „.
Obie te siostry nie zapisały się w miłej pamięci Wandy Salomei gdyż po śmierci Karoliny zupełnie nie interesowały się pozostawionymi sierotami, ale przeciwnie jeszcze pozabierały jakieś pozostawione po niej rzeczy”.
I jeszcze kilka szczegółów:
Tą piękną córką Józefa Ortyńskiego i Matyldy Papst była Karolina urodzona 22.III.1860 r., zmarła 11.VIII.1945. Magnatem z Białorusi natomiast był Kazimierz Wańkowicz herbu Lis Odmieniony, ur. 29.XII.1831, zm. 1891.
Z Karoliną Ortyńską – córką Józefa Ortyńskiego i Matyldy Papst – ożenił się około 1880 r.
Mieli córkę Kazimierę zamężną później za Włodzimierzem Sokołowskim.
No więc oto pierwszy list Karoliny do Emilii z zachowaniem oryginalnej pisowni, gramatyki i interpunkcji. Bez daty.
List nr 1
Kochana Milciu!
List Twój otrzymałam, już miałam odpisać, jak znowu odebrałam list Żywickiej, więc razem odpisuję i chciałabym Ci odpowiedzieć na Twoje zapytania. Chcesz wiedzieć dlaczego ja nie chcę dobierać pieniędzy u Pietscha – nie Twoja wina, ale Matylda zawsze mnie wyrzuty robiła tak jakbym ja jej pieniądze miała – nie ona moje – że przeze mnie ma sekwestrację, że przeze mnie łyżki zastawia, że ja jej nie posyłam, a ja nie miałam skąd dawać tak jak dawniej.
Dlatego do dziś dnia mam u was po 100 fl., które ja ze Lwowa nie odebrała i dopiero wtenczas odbiorę jak się kamienicę sprzeda .. więc myślałam sobie tak: jak nie będziesz sobie dobierać to będziesz sobie życzyć żeby i dla Ciebie, bo masz do nich zaufanie – a ja Was właściwie okradam z tego majątku co macie na Księżycu – bo ja oprócz tego ze Złoczowa i co jeszcze jest na kamienicy nic więcej nie wiem i nie mam.
Co się tycze pełnomocnictwa do dobrania pieniędzy od P. żądasz ode mnie, a nigdy mnie nie dałaś bo jeszcze nie byłaś…. jak ja pieniędzy za Ciebie obierałam, a potem Piet. przez zaufanie mnie wydawał. Dałaś mnie pełnomocnictwo do odebrania u Smutnego, których odebrać nie mogę bez procesu – do odebrania … instrukcję Pietschowi, on dopiero właściwie na drugi rok …w kwietniu – i do odebrania w Złoczowie, które już są odebrane – i dlatego nie obrachowałam się z Tobą bom nie chciała sama zachować bo żebym musiała z moją krzywdą wydatków zachowała, jeszcze by Ci źle było – a że byłam pewną że nasz Pan Żywicki rzetelnie porachuje ja tam tego chciała, a że jeszcze nie mogłam się wybrać nie moja w tym wina tylko okoliczności – bank.
Teraz pytasz się dlaczego mam żal do Ciebie. Piszesz mnie żeby się wystrzegać że mnie Frischman obmówi kiedy gości obmawia, nie wiem o tem, bo o Żywickiej mówił, że jest bardzo rozsądna osoba – ale cóż mamy żądać od obcych, kiedy siostra skarżyłaś się u M. że jak byłaś u mnie proponowałam Ci pod jakimiś warunkami żebyś u mnie była a ty nie chciałaś – a przypomnij sobie że nie prawda, bo ja omijała mowę o zostaniu twojem w Dynowie i nic nie mówiliśmy – ani słowa – nie dlatego żebym Cię nie chciała, ale wiem, że Ci u mnie tak nie będzie jak u Maryni. Narzekasz, ale nie obrażaj Boga, masz prawda małe na utrzymaniu, ale przy pomocy dobrych ludzi wystarcza – muszę dobry wikt co mnie i M. bardzo brakuje nie potrzebujesz się o nikogo turbować, a ja przeciwnie – mam dzieci 6.
Że może trochę mało masz na ubranie – a czyż nas te łachy mogą uszczęśliwić?
O te 200 fl. znowu nowa pretensja i zeby Ci przesłać do Lwowa kiedy ja do Matyldy posłała list ….ode mnie chciała 18 fl na adwokata ale ma się rozumieć nie dałam.
Już bardzo późno to więcej napiszę przez P.B. i resztę pieniędzy
Całuję Cię Twoja siostra
Jak widać trzy siostry Papst miały – jeszcze przed ślubem Karoliny z Feliksem – kamienicę we Lwowie, pod którą brały pożyczki. Zwykłe nieprozumienia rodzinne na tle pieniędzy. Jakby jednak nie patrzeć wygląda na to, że Karolina miała najwięcej rozumu i próbowała rozsądnie podejść do wyciągania pieniędzy z banku pod zastaw nieruchomości.
Widać, że list pisany jest w chwili wzburzenia. Inne listy są bez porównania bardziej zrozumiałe i porządniej pisane.
Jak to się stało, że te trzy młode kobiety miały kamienicę we Lwowie nie wiadomo. Pewnie po rodzicach.
W liście jest mowa o Auguście Frischmanie, którego Karolina bierze w obronę, czyli list pisany jest już po śmierci Feliksa.
Ten list ma prawie 160 lat.
List nr 2
List Karoliny Baranieckiej do Maryni Żywickiej z dnia 25 sierpnia /rok 1857 albo wcześniej – w każdym razie jeszcze za życia Feliksa, bo do tego listu dołączony jest dopisek Feliksa/.
Droga Kochana Maryniu!
Co ty sobie pomyślisz, że tak długo nie piszę, pewnie że ja zawsze ta sama do pisania? Alem znalazła właśnie tyle nieporządku żem do dziś dnia chwili czasu nie miała, ale muszę przytym i pochwalić mego męża, że i wiele porządku znalazłam co do niego należało, bo konfitur nasmażył mi więcej jak ja sama zawsze smażę, tylko róże widziała w Aptece Pani Kamniecka i musiał jej jeden słoik odstąpić, a drugiem ja się z Tobą podzielę. Nie posyłam teraz bo może co przywiozę ze Lwowa to ci razem odeszlę. Indyków już mam parę dla ciebie ale tu czekam na Pana Romana.
Feliks mówi, że choć P. Olawia dobra i miła to dla P.Romana za stara, on tu ma inne panny dla niego; ma lat może 28 przystojna i dość majętna, rodzice jej pomarli jest ich tylko dwoje i teraz właśnie chcą wieś sprzedać, za którą Ojciec jej dał niegdyś 12 tysięcy.
Mógłby niby Pan Roman pojechać kupować i tym sposobem by się najłatwiej przekonał o majątku a jak by mu się ona nie podobała to Olawia jest do wzięcia. W sobotę jadę do Lwowa, jeżeli co potrzebujesz to tylko napisz, a Feliks list pośle. W Złoczowie będę musiała zabawić kilka dni to jak wrócę to Twój list zastanę we Lwowie.
Z P.Cecylią jeszcze nie wiem jak będzie. Jak przyjechałam mówiłam z nią, że jeżeli chce zostać to dobrze, ale pod tym warunkiem żeby mi dzieci nie biła, to mówiła do mnie że zostanie i przez ten czas dość cicho przy niańce, ale teraz jak mówi do Pauliny, że ona nie może być żeby dzieci nie biła, to nie wiem jak będzie aż powrócę, choć dzieci bardzo wiele skorzystały przez ten krótki czas.
Na wody …mówi Feliks że nie jest dobra do wożenia. Jak Szczuciniecki i inny wody próbował ją to już nie zszinały tak jak przy źródle, żelazo które jest najlepsze osiada na spodzie. /tu chyba chodzi o lekarstwo dla Karoliny. Pisze o tym Feliks w dopisku – przyp. mój/
Od Matyldy nie dostaliśmy jeszcze kwitu na te pieniądze ani listu.
Kubowa /Emilia – druga siostra Karoliny/ mi dopiero na drodze do Gorlic mówiła, że do M. już na zawsze jedzie i choć jej tam źle będzie to już tam zostanie, jak się tam z Józefem poczubi to inaczej będzie mówić.
Jeszcze Ci raz dziękuję Moja Droga Maryniu i przepraszam za tyle subiekcji, Sewerynkę całuję i Ludwinię, Leoncia już pewnie zdrowa, a może już w domu, ucałuj ją ode mnie i Ciebie serdecznie całuję, Ciebie kochająca
Carolina B.
25 sierpnia
Na drugiej stronie tego listu jest dopisek jej męża Feliksa Baranieckiego. Oto on:
Łaskawa Pani Dobrodziejko!
Już to Karolcia to jest rodzona siostra Kubowej a przynajmniej co do pisania listów. Zaledwie na niej wymodliłem, że usiadła napisać bo mnie ciążyło bardzo na sercu aby Wam Obojgu Państwu najserdeczniej podziękować za wyświadczone tyle dowodów przyjaźni i grzeczności, aby przynajmniej tym sposobem wywiązać się Państwu z długu wdzięczności do jakiego za przyjacielską troskliwość o jej wygodę i łaskawe podejmowanie u siebie, zaciągnąłem.
W istocie Karolcia doskonale wygląda i widocznie namacalnie kąpiele jej posłużyły i już naprzód troszczę się czyli będziemy …iść za radą Józefa aby ich on humorystycznie nazwał od ułańskich miłostków powstrzymać się. Woda wysocka(?) o ile jest skuteczna przy źródle to znowu przywieziona jest bez wartości, bo nawet i do picia jest jeśli nie odrażająca to niemiła.
O swatach myślimy naprawdę szkoda tylko, że Karolcia nie będzie podczas Jarmarku, bo bylibyśmy się postarali o przybycie Panny Emilii Słowikowej z Huciska z przybyciem Pana Romana (brata) jakoby przypadkowo urządzić.
Łącząc serdeczne ucałowania Rączek proszę i Józefa wraz z dziećmi ucałować
Felix
Widać wyraźnie, że Karolina już jest chora i próbuje leczenia wodami. Stąd pobyt u Żywickich, chyba w Gorlicach.
W 1858 roku – chyba w lipcu – Karolina pisała do Maryni Żywickiej tak:
List nr 3
Droga Maryniu!
Jestem od wtorku w Krakowie. Pisał mi Feliks z Karlsbada /do którego pojechał na leczenie – przyp.mój/, że po odbytym konsylium 4 najlepszych lekarzy kazali mu do domu jechać – wtorek miał tu na mnie czekać, tymczasem dziś sobota, co dzień go czekam przy kolei – a jego nie ma – a ja mam okropne przeczucie – blisko rozpaczy jestem, często zapominam o obowiązkach, że mam 6 dzieci – latam do kościoła, ale uspokoić się nie mogę. Dziś wracam do domu, bo tu pieniędzy nie mam. Pierwszy raz w życiu ich tak gorąco pragnę a potem wrócę Feliksa szukać, choćby i do Karlsbadu – biedne moje dzieci – tu w Krakowie mnie się zdaje, że ja sama na świecie – że nic więcej nie pragnę tylko ne żyć – całuję was – Baraniecka.
No i przyszło to co przeczuwała! Oto jej list z Prerau na Morawach pisany tuż po śmierci Feliksa, czyli w pierwszym tygodniu sierpnia 1858 r.:
List nr 4
Ach moja Droga Maryniu!
Nie wiem jak zacząć ten list i czy go skończę! Jestem w rozpaczy okropnej – zostałam wdową po moim najlepszym, drogim mężu! Okropnie mnie Bóg ukarał! Stało się – taka wola Boska, ale ja niewdzięczna, to sobie całe życie – jeżeli żyć będę – nie daruję, że za takie przywiązanie do mnie i za pracę 12-to letnią, nie mogłam być przy nim, na obcych rękach skończył a za mną ręce wyciągał! Boże ja tego nie przeżyję – to okropna męczarnia – on tak swoją ziemię kochał, musi leżeć w Prerau w Morawie. Chciałam ostatnie /chyba pieniądze – przyp. mój/ dać żeby go zawieźć przynajmniej do Krakowa, ale nie pozwolili z urzędu.
Zdaje mi się, że ja sama na świecie, zapominam nawet o moich biednych sierotach – moja droga Maryniu – módl się za mna bo ja już i modlić się nie mogę.
Dziś każę tu nagrobek stawiać, a potem odjadę do domu – do moich sierot! Ach, czemu ja się z tobą widzieć nie mogę – żegnam Was, wasza nieszczęśliwa przyjaciółka – Baraniecka.
Feliks zmarł u swojego przyjaciela z czasów studiów Jakubowskiego, który prowadził aptekę w Prerau /Przeszów/ na Morawach i tam został pochowany.
I kolejny list pisany do Maryni, ale z dopiskiem dla Milci czyli Emilii – siostry Karoliny. Wygląda na to, że ona też musiała mieszkać w Gorlicach, a raczej w Bystrej koło Gorlic, bo taki jest adres w listach.
List nr 5
Moja droga Kochana Maryniu!
Pisałam do Ciebie z Prerau, gdzie mój drogi Feliks leży, ale nie wiem co za przyczyna, że odpowiedzi nie mam. Ach moja Droga – zdaje się, że tylko ty jedna umiesz pojąć moje okropne nieszczęście, dlatego jak uzyskałam zmysłe na polowie /chodzi chyba o to, że „jak doszłam do siebie” – przyp. mój/ pierwsze zatrudnienie moje było postawić mu nagrobek a potem do Ciebie pisać. Zdawało mi się niepodobne żebym do domu sama wróciła a jednak moja Droga jestem w domu i żyć muszę bez niego, któregom kochała nad życie. Jak wróciłam do domu i jak dzieci dowiedziały się to sobie wyobrazić możesz co to za okropna była chwila. Nawet Stefci nie mogli utulić.
Teraz jestem jakaś taka spokojna, dużo więcej jakbyś sobie mogła wyobrazić. Przedsięwzięłam sobie żyć dla jego dzieci, które on tak kochał – tylko jak sobie wspomnę, że moje biedne dziatki będą tak sierotami jak ja byłam to mało mnie serce nie pęknie.
Jakubowski wprawdzie tak dobry, że się stara mnie w czym ulżyć i do apteki mam teraz bardzo dobrego człowieka –
kończę moja Droga bo już północ i piszę prawie na pamięć – całuję Ciebie i dzieci – mężowi ukłony
W liście tym jest dopisek dla siostry Emili /Milci/. Oto on:
Kochana Milciu!
Pisała mi M. /chyba chodzi o siostrę Matyldę/, że się zbiera mnie odwiedzić i że po Ciebie wstąpi, ale ja odpisałam, ze dopiero koło 30 tego w domu będę bo jadę do Lwowa. Jeszcze proszę Maryni żeby była tak dobra napisać do P.Tomaszewskiego żeby mi dał jakąś radę co z Pocztą zrobić jak się starać żeby przy mnie została. U Konsyliusza Jakubowicza sama będę prosić żeby był łaskaw do Dyrektora się wstawić. Więcej nie piszę bo się dowiesz z listu Maryni 23 jady (?)
Całuję Cię serdecznie. Do miłego widzenia
Ciebie Kochająca Carolina
18/ sierpnia
List nr 6
18 kwietnia 1859 r.
„Moja najdroższa Maryniu!
List twój odebrałam 14-go co zrobią z Ludwinią /?/ jak dojadą, nie wiem – a o 9 tej wieczór wracała z tańców, właściwie kończy się lekcyi o 8mej ale L. nie wolno dopiero za godzinę odeiść żeby nie była zgrzana – babka /?/ ją teraz ogromnie chwali że roztropniejsza jak dawniej i nawet nie tak tęskni za domem jak myśleli.
Muszę Cię moja Droga uprzedzić, że dzisiejszy mój list, że pewnie w niem początku ani końca nie będzie ale wybacz – dziś nawet nie małam pisać ale mnie tak okropnie teskno i smutno, że sobie miejsca znaleźć nie mogę pisząc do Ciebie to choć na chwilę mnie się zdaje że z tobą rozmawiam – tu ani jednej duszy nie ma z kiem by się poradzić można a pożalić to ani myśleć.Wierz mnie moja Droga, że tak nieraz tęsknię za tobą, że nieraz sobie myślę wszystko porzucę i na parę dni do Ciebie pojadę – a to na żaden sposób nie można – dziwne mam usposobienie – czasem jak sobie zacznę perswadować to by się zdawało żem już spokojna i nawet wesoła ale jak /słowa nieczytelne – przyp.mój/ przybieży to sama nie wiem co z sobą zrobić.Zdaje mnie się, że jak bym się mogła wypłakać na mogile Feliksa to by mnie najmilej było –
Ach Boże żeby nie te biedne sieroty dla, których żyć pragnę – dziś moja /?/ mówiła do mnie – oj źle mamie bez tatka przódy mama nigdy nie płakała – a teraz co dzień –
Interesów bez miary i kłopotów: – podatków wyrachowali mnie na 100 fl. Wyobraź sobie od śmierci Feliksa oprócz dochodów wydałam już z gotówki 100 f. a jeszcze są podatki 200 a potym dopiero rechsgebir mam zapłacić – teraz nowe kłopoty mnie czekają, myślę sprzedać aptekę bo tak dzierżawca dać tyle nie może ile ja chcę – właściwie trudno będzie dostać dzierżawcy – Frischman dotychczas nie jest obowiązany bo mu kontrakt odnowili z Dubiecka a to już trzy miesiące, a mój opiekun nie postarał się żeby inny zrobić – a teraz Frischman mówi, że w Dynowie nie ma żadnych widoków dla posesora – dla niego pewnie nie ma bo bardzo dużo potrzebuje, z 15 do 20 fl. miesięcznie na cygara i ciągle gości przyjmuje – mówi, że tu nudy ogromne, że nie ma z kim żyć – jeżeli zostanie to tylko dla mnie to zrobi. Ja znowu takich ofiar wymagać ani przyjąć nie mogę pomimo że jest to człowiek tak dobry i szlachetny, że w tych czasach trud no znaleźć – i właśnie dlatego nie chciałabym przyjąć takiej ofiary – bo wiem, jestem przekonana, że jemu w Krakowie lepiej i przyjemniej było.
Tak to moja Maryniu! Mieć złych ludzi koło siebie źle – dobrych takżeśmy niekontenci – zawsze źle, przynajmniej mnie już nigdy dobrze nie będzie.
Matylda do mnie pisała, żebym koniecznie na lato do niej pojechała ale ia mam swoich kłopotów dość na co mnie się jeszcze na jej biedy patrzeć – i tak się teraz wszyscy dziwią, że tak źle wyglądam – Kończę już bo widzę że już nie mam gdzie bazgrać ale nawet czy zrozumiesz mój dzisiejszy list – jak opisujesz słabość mamy to coś całkiem tak jak Feliks – całuję Cię serdecznie moja droga i życzę Ci szczęśliwszych Świąt jak ja mam – Ciebie kochająca Baraniecka”.
Czy tym opiekunem, o którym pisze praprababcia Karolina był aptekarz Jakubowski z Prerau? Trudno powiedzieć. Faktem jest jednak, że na horyzoncie pojawiła się nowa postać – farmaceuta Frischman, który zaczął być brany pod uwagę jako ewentualny dzierżawca dynowskiej Apteki. Był rok 1859.
List nr 7
Pod datą 23-go maja tego roku Karolina pisała kolejny list:
„Moja Kochana Maryniu!
Ogromnie mnie zasmucił list Kubowej gdzie mnie donosi o Twojem zmartwieniu ale jest pewna, że ten list już prawie zdrowego zastanie to biedny dzieci /?/ więc Boga proszę. Często bardzo myślę o Tobie żeś niekontenta z teraźniejszego stanu a ja znowu mam przeczucie, że to dzieci będą podporą Twojej starości, żeby Cie tylko Bóg pocieszył i szczęśliwie rozwiązał. Żebym wiedziała kiedy i żebym mogła Tobie jaką ulgę sprawić najchętniej bym przyjechała tylko napisz otwarcie, bo w takim razie nie mamy jednakie usposobienie jednym sprawia ulgę, drugiem przykrość obecność obcych osób. Co tam u Ludwini słychać, moje dziewczęta zdrowe i wielką mam pomoc w gospodarstwie, z nauką źle bo tylko powtarzają to co się nauczyły.Guwernantkę dopiero od wakacji wezmę bo teraz nie mam za co. P Marcin juz kilka miesięcy opiekunem ale nie ma czasu to także nic nie robi żeby można dostać pieniędzy – ja niby mam utrzymanie niezłe – ale nie masz wyobrażenia co to 6. dzieci kosztują, jeszcze dwa lata tak muszę biedować dopóki Władzio /najstarszy i jedyny syn Feliksa i Karoliny – przyp. mój/ w szkołach, potem jeżeli nie będzie to dobrze dla mnie za późno, to mnie lepiej będzie, karzą mnie lekarze pić krynicką wodę i ciągle zażywam proszki żelazne. Mówią, że w Dynowie lepiej wyglądam.
Pisze mnie Milcia, że o futrze nic nie wiesz. Przed paroma dniami przesłali mnie wiersch futro odany – rachunek posyłam i list – nie obrażaj się niegrzecznością co umiesz bo cię nie znają to mogą myśleć jak chcą, a już sama nie wiem kto winien że tyle kłopotów z tym futrem, żebym miała pieniądze to bym sobie zostawiła i byłby koniec, ale nie mam. Proszę Cie bardzo, zaraz po otrzymaniu tego listu napisać. Kubowa już ma ochotę do M. pojechać. Biedna ona , ale my temu nie poradzimy a K. mogłaby siedzieć – pisał do mnie Józef że Milcia kazała po siebie przyjechać, a jak przyjechał, ona go 3 godziny wytrzymała a potem nie pojechała, że już nie będzie taki głupi po nią posyłać ale teraz musi czuć się …źle.
Pisałaś mnie zaś, że on coś naprawił w rachunkach z torbą, ale to tak był jak było w Krakowie mówił mnie żeście do niego rozmawiali żebym już wzięła na siebie zapłacić dług K. zresztą jej oddala i nie będę miała z nią do czynienia bo i tak na mnie wygaduje, tylko tobie będę winna, no to powiedziałam, że już sama nie wiem co odpowiedzieć na to. Ja bym nie mogła dokładnie wyznaczyć czas kiedy zapłacę ale on zawsze kłamie – tylko ciekawam co on w tym miał że nas obie okłamał. Napisz mnie czy Ludwinia przyjeżdża na wakacje możebym mogła jako ułatwić jej przywóz. Już więcej nie mam co donieść to Cię całuję serdecznie wraz z Sewerkiem Twoja życzliwa przyjaciółka Baraniecka
Panu Żywickiemu
serdeczne pozdrowienia zasyłam
Dzieci rączki całuję
Za Dyrektorem dawnem co dzień wzdycham bo teraz mnie ogromnie szykanują – wymagają to ci nie słusznie i być nie może a nie ma się do Kogo udać. Na próżno do Lwowa jechać nie ma za co. Ten D. Kasdema obiecuje a nic nie robi.
Z Dynowa 23 go Maja
List nr 8
Nowy list – bo nowy interes – pisałaś mnie moja droga już parę razy, że nie wszystko można pisać co się da mówić.
Cieszyłam się nadzieją, że przecież się zobaczymy i jakoś trudno. Po ostatnim liście długo zastanawiałam się nad tem. Wiem i jestem przekonana o szczerości twojej dla mnie więc myślę że to musi być coś takiego że nie chcesz może robić przykrości sobie, więc cię proszę na wszystko co ci jest miłe napisz mnie prędko, a ja Ci szczerością odpłacę.
Domyślam się czy się to nie tyczy Frischmanna. może i do twoich uszu doszło kiedy mnie Kasprzycka pisała że ja mam iść za mąż i zdaje się ludziom, że tak będzie, najwięcej mnie się przyczynili ludzie do tej gadaniny, których miałam za przyjaciół. To przecież żebym iść miała to bym już raz poszła i gadaniny by się skończyły – ale nie chcę dla gadanin tych narwanych ludzi poświęcić przyszłość moich dzieci i moich miłych wspomnień lat przeżytych – ale nie tłumaczę się nikomu, bo ktoś uwierzy a czas pokaże – ale tylko nie mogę narazić mojego całego majątku w nierzetelne ręce dla gadanin. Nie przeczę, że są ludzie uczciwi, ale gdzie ich wziąć – a potem czy uchroni mnie to od obmowy, jak będą inne znowu gadaniny. Najkrótsza sprawa znieść, ale dopóki ta droga nie wystarcza bom już próbowała.
Jeślim zgadła twoją myśl daj mnie prowizora żeby się podjął prowadzić wszystko jak zaręczysz za jego rzetelność – słowo honoru Ci daję jak moim dzieciom szczęścia życzę że zaraz wypowiem Frischmannowi od Nowego Roku musi odstąpić. Zdaje mnie się, że aptekarz z Gorlic twego męża znajomy, może on kogo zna, bo wolnych jest dość, ale kto ich zna?
Widzisz – Siedlecki np., którego juz dawniej chciałam znany za dobrego był tylko prowizorem w przeciągu 5 lat, złożył 3000 fl /tzn. oszczędził – przyp. mój/ – przecież z pensji nie choćby bez butów chodził, a skąd?
Proszę Cię moja koniecznie się
dowiaduj a ja może będę we Lwowie z końcem tego miesiąca to bym chciała mieć odpowiedź od Ciebie. Może będziesz tak dobra dać mnie list do Hochlajtnera toby mnie śmielej było być u niego. Jeżeli nie będzie sposobności Ci się dowiedzieć w krótkim czasie co o Aptekarzu to proszę Cię zaraz odpisać. Kubowa niech nie wydaje pieniędzy bo może będzie musiała do Lwowa jechać. Mnie poradził P. Brzęcz ze Lwowa, że najlepiej swoją część sprzedać na ostatku, bo wtenczas musi kupić właściciel kamienicę i tak już dość nabazgrałam więc kończę na serdecznym ucałowaniu Ciebie wraz dziećmi i malutką Maryni – Całuję zawsze życzliwa przyjaciółka Baraniecka
Mężowi moje uszanowanie. Mamie rączki całuję.
Dopisek: Kubowej należy się od 1-go stycznia do ostatniego lipca 61 takie …
List nr 9
Kochana Maryniu!
Dzisiaj czwarty dzień jak wróciłam do Krakowa, nie będę się rozpisywać jak mnie żal żem do Was nie mogła pojechać. Przyczyna była ta, że przyjechawszy do Dynowa byłam słabą kilka dni, takie Dynów na mnie wrażenie zrobił.
Jadąc tam cieszyłam się jak dziecię co do rodziców jedzie a gdy przyjechawszy, w nocy wstałam raniutko, obeszłam wszędzie, taki mnie smutek ogarnął i tęsknota jakby coś samo szeptało – co tu szukasz – tu już nie ma nic dla ciebie – resztę dnia siedziałam na górze, mówiłam że mnie głowa boli bo prawdę powiedzieć byłoby ich rozśmieszyło, bo to nie modnie w 3 cim roku męża opłakiwać , mówią że tak ludzie z rozumem nie robią.
Dopiero za 10 dni pojechałam do Lwowa, siedziałam tam dni kilka, bo Pietsch nie miał pieniędzy. Byłam u Jakubowiczów dwa razy bom się chciała widzieć z ojcem ale był na wsi z P. Józefem. Pytałam co Tobie każe powiedzieć – powiedziała, że nic tylko Was uściskać – na to zaczęłam się pytać co z Ludwinią będzie, powiadam że jak … to mnie się będzie wypytywać kiedy do babci pojedzie – co stryjcio mówił. Na to odpowiedział, że żona przysłała list do niego żeby tobie odesłał nie czytał go ale zdaje się że tam już napisała stanowczo co z L. będzie. Pytałam się Heleny co o tym mówią – powiada że nie, chyba że ona zacznie co mówić tyle się dowiedziała że u P.Wasylewskiego będzie Pani Józefowa płacić połowę, a ojciec drugą połowę.
Wychodząc stamtąd zdybałam się na ganku z Panią Bożajnowską, czy jakoś podobnie – jakaś kuzyna nasza. Mówiłam z nią, mówiła mnie powiedz Pani Maryni, że nasza rada jest żeby nie było tu… delikatno – już zaś było mówiono niech to uważa za rzecz skończoną i niech Ludwini przyniesie, bo tam trzeba jeszcze jakieś przygotowanie dla Ludwini.
U Tomaszewskiego byłam. Z Jasiem nie widziałam się. Pytasz o Jarontowskich, o Milci pisałam Ci, że umarła a córeczki jej wzięła siostra Jarontowska i matka tam pojechała. Bajewska jednakowo biedna, ale żyje. Manio był na urlopie u Pani Wajsenwolf, przedłużył sobie sam czas, a teraz siedzi w areszcie. Teresa siedzi w Krakowie, mnie zamiast lepiej coraz gorzej bo bardzo drogo. Jak przyjechałam była kwarta kaszy jęczmiennej 5 centów, a teraz 9. Ziemniaków miarka taka jak tutaj są 12 centów a teraz 25. Więcej jak drugie tyle. A dochód jednaki. Teraz na same książki wydałam dla Władka 9 fl a … 8 fl 10 centów. Dla dziewcząt książeczki 7 fl. a teraz papier itd. A teraz ciągle rachuję wiele by mnie kosztowała podróż do Ciebie z Dynowa nie mogła bo było za późno dla dzieci do szkoły.
Napisz mnie moja droga dużo co tam wszyscy porabiacie a osobliwie Sewerek czy się zaczął uczyć – moja Stefcia także już ma derektora (?).
Dla Kubowej posyła kwit, niech go podpisze i przysle a jej je zaraz odeszle pieniędzy. A z drugiej strony bądź tak dobra dopilnować żeby mnie zakwitowała 2 fl. procentu które jej także poszlę bez rachunku póki się nie zobaczymy. Żałuję bardzo, że mnie Ortyński nie wydał proces za te majątki bobym już go mogła do aresztu wsadzić za niesłuszne posądzenie – bom się dowiadywała we Lwowie o to Tekli Turobińskiej, mam na piśmie, że to było wzięte w roku 1820, to gdzież ja wtedy byłam?
Już nie ma miejsca i ciemno to Cię całuję i ściskam w myśli wraz z Twojemi
Ciebie kochająca Karolina
Takam się zrobiła dziwna, że oprócz moich dzieci tylko Ciebie jeszcze na świecie kocham, bo nawet do sióstr się nie przyznaję choć mnie to boli, ale co robić?
List nr 10
Moja Kochana Maryniu!
List ostatni pisałam do Ciebie jak tylko wyzdrowiałam ale nie wiem dlaczego do dziś odpowiedzi nie mam. Odjeżdżając z domu nakazywałam jak będzie list od Ciebie żeby mnie przesłali, więc ciągle czekałam a do tego tak jestem zajęta kuracja że jakoś schodził dzień za dniem ale teraz mnie już za długo czekać, już tak dawno nic nie wiem co się u Was dzieje. Sewerek czy zdrów i pewnie z dobrą klasą do domu przyjechał. Ludwini jeżeli sama nie będziesz mogła odwieść do Lwowa to mnie się zdaje, że już w pierwszych dniach września pojadę do Lwowa. Tu zostanę do połowy sierpnia bo mnie bardzo dobrze robi. Jestem zupełnie zdrowa i mam nadzieję, że się na parę lat…jak mnie Bóg żyć pozwoli.
Dzisiaj w Krynicy smutno bo wszyscy do Bardejowa pojechali na bal a ja sobie przypomniałam przed paroma laty tak miło spędzony czas z tobą i …i ten dzień w Bar. Wesoła nie byłam nigdy, ale jednak zdaje mnie się, żem się zestarzała o lat 30 od tego czasu. Wtenczas mnie miło i wesoło było choć w takim gnieździe, a tu mnie smutno, chociaż sobie nic nie odmawiam co do przyjemności i zdrowia potrzebne.
Jeździłam do Częstochowy, to mnie pewnie zazdrościsz, bo jest czego. Byłam tam trzy dni i wracać mnie się nie chciało stamtąd. Straszyli mnie żeby teraz nie jechać, że za granicą niepokój żeby nieprzyjemności nie mieć. Miałam paszport dokładny, a takie drobne nieprzyjemności nic nie znaczą w porównaniu przyjemności być w miejscu tak cudownym.
W Krynicy jest tego roku tak pełno, że nie pamiętają takiego roku. Na wsi mieszka dużo osób, ale to ma być pół mili stąd. Ja mam mały pokoik, łóżko, stolik, krzesło i … 1 fl. na dzień a lepszy pokój płacą po 2 fl. dziennie, Wstaję o 5-tej, piję …a potem wody, o 9-tej idę do tuszu ciepłego z wody żelaznej, płaci się 15 centów, potem na …obiad o 12-tej. 4 potrawy 70 centów ale jest tyle, że można mieć i kolację. Od 5-tej do 6-tej kąpiele w łazience płaci się 30 centów, usługa na tydzień kosztuje tu 2 fl 50 centów i równy wydatek na na muzykę. Każdy musi dać 2 fl. taksu kąpielowego 2 fl. ale przynajmniej wszyscy kontenci że są zdrowsi. Wczoraj i dzisiaj takie gorąco, że nie do zniesienia a przez tamte dni tak zimno było, że wszyscy w burnusach chodzili.
Moje dzieci wszystkie zdrowe, co parę dni to mnie …pisze, a właściwie Wandzia gospodynią, Władzio ma niezłe klasy. Napisz mnie moja kochana jak daleko stąd do Was i także Stronczakowa pisała do mnie jak będę wracać do domu żeby po nią wstąpić żeby do mnie na parę tygodni przyjechała, ale już nie wiem ja kto wypadnie, bo tu przyjechałam tak – koleją do Bochni, szybkowozem na Limanową, Sącz do Krynicy.
Bądź tak dobra wkrótce napisać. Co dzień będę listu od Ciebie wyglądać.
Całuję Cię serdecznie wraz z dziećmi. Napisz mnie co o Helence.
Mężowi moje uszanowanie, a Mamie rączki całuję Baraniecka
Adres do mnie
Pod …blisko łazienek
Pod N. 20
w Krynicy
29 lipca 1862.
Nie mogę dociec jak to się stało, że wszystkie te listy są w naszym posiadaniu. Przecież – zgodnie z logiką – powinny byś u adresatek – Maryni Żywickiej i Emilii z Papstów Ortyńskiej. Jak to się stało, że te listy wróciły do Baranieckich – nie wiem!
A oto ten ostatni list pisany – kto wie – może na wiosnę 1863 roku.
List nr 11
Kochana Siostruniu,
Po zaspokojeniu długu ze skryptu przez nieboszczyka męża mego Felixa Baranieckiego dnia 30 grudnia 1845 wystawionego na tegóż realnościach w kwocie 2000 złotych reńskich monetą konwencyjną zaintabulowanego na ciebie w jednej trzeciej części przypadającego w imieniu dzieci moich zapłaciłam ci przynależną trzecią część na co pod dniem 29 października 1862 otrzymałam deklarację do wykreślenia tego długu z realności na dzieci me przepadły. Ponieważ jednak deklaracja niestemplowana każże stemplować by podlegała a oprócz tego zezwala na wykreślenie tej sumy z Apteki nie zaś z realności obciążonych … na nic mi się przydać nie może.
Będąc więc mocno słaba udaję się do Ciebie Kochana Siostro z prośbą abyś mi formalną deklarację do ekstabulacji jak je tutaj załączam podpisać jak najśpieszniej i przesłać raczyła. Czuję się bowiem bardzo słaba i rada bym interesa dzieci moich jak najprędzej pozałatwiać.
Bardzo chora jestem, niech Cię więc nie zastanawia, że własnoręcznie nie piszę. Spodziewam się jednak, że właśnie z uwzględnienia tej słabości prośbie mojej nie odmówisz i jak najprędzej załączoną deklarację podpisawszy odeślesz.
Całuję Cię serdecznie, zostaję Cię szczerze kochająca siostra.
Listy Karoliny z Papstów Feliksowej Baranieckiej są czytelne, ale ich klimat wymaga wyjaśnienia, bo dotykają różnych interesów i stanu posiadania Rodziny.
Przedstawiam tu skrótowy opis tych spraw.
Otóż 20 lutego 1817 r. Wojciech Okoński kupił aptekę od Józefa Szczerbickiego, a 22 maja 1817 roku zaintabulował się /czyli w księdze wieczystej nieruchomości wpisano jego nazwisko/ na nieruchomości i na aptece.
Nieruchomość nr 25 w Dynowie i znajdująca się w niej apteka to były osobne realności czyli osobne jednostki hipoteczne. Tę nieruchomość Okoński kupił od Jana Wyszatyckiego.
6 sierpnia 1825 roku Wojciech Okoński i jego żona Salomea z Jamroziewiczów kupili łąkę “Moczary” od Fortunata i Joanny z Wiśniowieckich Łobarzewskich.
27 marca 1829 Okońscy kupili ogród zwany “Pezolnikiem” od Perli z Kercyków i Malki z Zuckermanów Dyllerowy.
6 czerwca 1833 r. Okońscy kupili grunt rolny w Błoniu przy Dynowie od Szymona Kawińskiego.
To były nieruchomości Okońskich w Dynowie. 28 listopada 1853 Okońscy ustanowili jako ich generalną spadkobierczynię – Maryannę z Baranieckich primo voto Skibińską secundo voto Stronczakową, a ta prawie natychmiast scedowała swoje prawa na Feliksa Baranieckiego. Dlaczego zrobiono właśnie tak – trudno powiedzieć.
Przytaczam tu Wyciąg z Księgi Wieczystej prowadzonej dla nieruchomości 25, 26 i 244 i znajdującej się tam apteki. Jak widać – Felix obciążył tę nieruchomość długami, które brał u nieletnich dziewczyn: Ludwiki Łukasiewicz oraz trzech sióstr: Karoliny, Emilii i Matyldy Papst. Te długi były zaciągane pod hipotekę wraz z 5% odsetek. To, że brał pożyczki to nie jest żadna wielka sprawa, ale że brał je od nieletnich dziewczyn to sam nie wiem co o tym myśleć. Gdzie byli rodzice sióstr Papstówien? Jak się potem okaże te dziewczyny były właścicielkami kamienicy lub kamienic we Lwowie – no ale to trochę późniejsza sprawa. Na razie przedstawiam Wam sytuację na rok 1853. Zdaję sobie sprawę, że ten list będzie się ciężko czytało, ale spróbujcie.
Extrakt Tabularny
Stanu czynnego i cierpiącego Realności w mieście Dynowie pod nr 25, 26 i 244 i Apteki pod Nr 25 egzystującej – dawniej Pana Wojciecha Okońskiego – na teraz P. Felixa Baranieckiego własnym.
Stan Czynny
22 maja 1817 No77 Za rezolucją Jurysdykcji Sądowej z 22 maja 1817 r. i na mocy kontraktu kupna sprzedaży 22maja 1817 od Jana Wyszatyckiego sporządzonym – Adalbert Okoński intabuluje się jako właściciel nieruchomości nr 25.
14 maja 1838 No7 Na mocy kontraktu kupna-sprzedaży od Józefa i Agnieszki z Łukasiewiczów Wyszatyckich 20 stycznia 1838 rk. sporządzonego Adalbert i Salomea Okońscy intabulują się właścicielami wspólnej własności realności Nr26 ….do Nr 25 należącej.
14 maja 1839 No26 Na mocy kontraktu kupna-sprzedaży z dnia 13 maja 1839 od Maychra i Marjanny Stankiewiczów zawartym – P. Adalbert Okoński intabuluje się jako właściciel realności 244 , do realności 25 i 26 przylegającej.
4 kwietnia 1845 No25 Na mocy kontraktu kupna – sprzedaży od P.Adalberta Okońskiego aptekarza Dynowskiego pod dniem 2 kwietnia 1845 sporządzonego – Pan Felix Baraniecki intabuluje się jako właściciel Realności domu murowanego No25 i apteki w tem domu egzystującej z wszystkiemi prawami itd. wraz z realnościami 26 i 244.
4 sierpnia 1853 Na fundamencie kontraktu kupna –sprzedaży P. Felix Baraniecki sprzedaje całą realność Nr25, połowę realności 26 i całą 244 Panu Franciszkowi Xaweremu Janickiemu
1 grudnia 1853 Wojciech Okoński zostaje zaintabulowany na połowie realności 26.
2 grudnia 1853 Maryanna z Baranieckich primo voto Skibińska secundo voto Stronczakowa wchodzi w miejsce Wojciecha Okońskiego i intabuluje się na połowie realności 26.
Stan Cierpiący
2 października 1845 na fundamencie skryptu dłużnego przez Felixa Baranieckiego wydanego suma dwieście /200 fl./ reńskich wraz z procentem po 5/100 na rzecz małoletniej Ludwiki Łukasiewiczowej na realności 25 i 244 Felixa Baranieckiego własnych w stanie cierpiącym intabuluje się.
3 stycznia 1846 na fundamencie skryptu dłużnego z 30 grudnia 1845 przez pana Felixa Baranieckiego wydanego – suma dwa tysiące reńskich wraz z procentem 5/100 na rzecz małoletniich Karoliny, Emilii i Matyldy Papst na realnościach 25, 26 i 244 tudzież na gruntach 430, 417, 418 i 2028 przy Dynowie P.Felixa Baranieckiego własnych w stanie cierpiącym intabuluje się.
7 marca 1846 na mocy skryptu dłużnego z 9 lutego 1846 r. – Pan Jan Fedaczyński intabuluje się na realnosciach 25,26 i 244 P. Felixa Baranieckiego własnych na sumie 1000 fl. z procentem półroczem 5/100.
23 grudnia 1846 na fundamencie skryptu dłużnego z dnia 10 maja 1846 suma 200 fl wypożyczona na rzecz małoletniej Ludwiki Łukasiewiczowej z procentem 5/100 na realnościach 25,26 i 244 intabuluje się.
*****
Na zakończenie tych rozważań o stanie majątkowym Baranieckich przytoczę notatkę, którą napisałem jakieś 25 lat temu, a która dotyczy dość zagadkowej sprawy długu, o którym pisze Karolina w swoich listach do sióstr.
Oto ta notatka:
Matka trzech sióstr Papstówien – Karolina Papst /z domu Kampf, żona Krystiana Papsta/ miała dwie nieruchomości we Lwowie.
Gdy umarła, jej spadkobierczynie – czyli trzy córki – pożyczyły Feliksowi 2000 złr.
Na dowód wzięcia tej pożyczki Feliks wystawił skrypt dłużny. Skrypt złożono w depozycie Sądu.
W momencie udzielania tej pożyczki sąd nakazał zapisanie tej kwoty w ciężar hipoteki dynowskiej i dodatkowo w ciężar hipotek lwowskich.
O ile sumę tę zaintabulowano na hipotece dynowskiej, o tyle – pomimo nakazu sądowego – nie zrobiono tego na hipotekach lwowskich!
Dlaczego???
I dalej – jak czytamy w tej sądowej odpowiedzi na złożone przez prababcię podanie:
Skrypt dłużny, został wydany z sądowego depozytu nie dlatego, że Feliks oddał pieniądze, czyli że spłacił dług, ale dlatego, że był pełnomocnikiem trzech sióstr Papstówien, z których jedna – a mianowicie Karolina – została jego żoną.
Feliks umarł bez testamentu. Wdowa po nim spłaciła swoje dwie siostry wypłacając in po 1/3 z 2000 złr.
Fakt, że pożyczona kwota nie została zaintabulowana na hipotekach we Lwowie, wyszedł na światło dzienne po 47 latach tylko dlatego, że z niejasnych dla mnie powodów, prababcia Wanda Salomea, wszczęła w tej sprawie dochodzenie.
W wyniku tego dochodzenia okazało się, że sprawa jest kuriozalna, bowiem w 1845 roku zlekceważono polecenie sądu!
Z mojego punktu widzenia zrobiono słusznie, bo tak jak wspomniałem, jaki ta zlecona intabulacja miała w ogóle sens, ale mimo wszystko – dlaczego zignorowano polecenie Sądu?
A poza wszystkim, dlaczego Prababcia – po tylu latach – wyciągnęła tę sprawę na światło dzienne?
Czyżby przygotowywała te lwowskie nieruchomości do sprzedaży?
I w ogóle – w czyich wtedy były rękach?
Czyżby Prababcia rościła sobie do nich jakieś pretensje?
W moim przekonaniu, te pytania wiążą się z całą serią operacji majątkowych, które prowadziła Wanda-Salomea, a po niej – jej syn – dziadzio Franio.
A było tych operacji tak wiele, że zasługują na osobne opracowanie.
I tyle na razie.
Nie jest to, być może, jakaś bardzo spektakularna historia, ale może być początkiem czegoś większego.
Na przykład – czy te kamienice w Lwowie jeszcze istnieją, jaki interes miała prababcia w wyciąganiu tej sprawy po tylu latach, jak to się w ogóle stało, że Papstowie mieli te nieruchomości we Lwowie, czy po śmierci Karoliny, jej siostry Matylda i Emilia dalej były ich właścicielkami itd., itp.
Pięć pokoleń – Aneks V
Krzyż Pamiątkowy Elżbiety


Krzyż Pamiątkowy Elżbiety, Medal Pamiątkowy Elżbiety (rum. Crucea Comemorativă Elisabeta, Medalia Comemorativă Elisabeta) – rumuński medal dla kobiet, nadawany za zasługi przy opiece nad rannymi i chorymi w czasie wojny rosyjsko-tureckiej lat 1877–1878.
Historia i insygnia
Odznaczenie zostało ustanowione przez księcia (późniejszego króla) Rumunii Karola I w roku 1877 i nazwane imieniem jego żony księżnej Elżbiety. W latach 1877-78 Rumunia stanęła po stronie Rosji w wojnie z Turcją, Turcja poniosła klęskę i zwołany po zakończeniu walk Kongres berliński roku 1878 uzyskał dla Rumunii pełną niepodległość. Trzy lata później Karol I proklamował się królem Rumunii.
Odznaczenie było jednoklasowe. Oznaką był złoty krzyż heraldyczny zdwojony, ze splecionym ukoronowanym monogramem „E” w medalionie środkowym awersu.
Rewers miał w medalionie daty 1877/78, otoczone napisem „ALINARE SI MANGAERE”. Występują odmiany z emaliowanym na biało medalionem awersu i rewersu. Odznaczenie noszone było na damskiej kokardzie o barwie niebieskiej z obustronnymi złotymi bordiurami, nad lewą piersią poniżej obojczyka. Nie jest wiadome, jak długo było nadawane.
Pięć pokoleń – Aneks VI
Dzieci Karoliny Baranieckiej
Jedynym synem Karoliny i Feliksa był Władysław ur. 16 stycznia 1847 roku w Dynowie.
Był zawodowym wojskowym w c.k. armii.
Jako porucznik brał udział w słynnej bitwie pod Sadową w wojnie pomiędzy Prusami i Austrią w lipcu 1866 roku.
W 1878 roku został odkomenderowany do okupowanej przez Austro-Węgry Bośni a następnie do Stryja, gdzie doczekał emerytury.
Był już wtedy majorem.
Na starość przeniósł się do Brzozowa, do swojego siostrzeńca – Wiktora Niewolkiewicza – syna Stefanii Baranieckiej i Jana Niewolkiewicza.
Tam też umarł 6 lutego 1921 r.
Był bezdzietnym kawalerem.
Wanda-Salomea i Felicja były bliźniaczkami.
Urodzonymi 17 listopada 1849 roku.
Wanda Salomea umarła 3 stycznia 1939 roku w wieku 89 lat, a Felicja trzy lata później, 29 listopada 1941 roku w wieku 92 lat.
Wanda Salomea wyszła za mąż za Augusta Frischmana, ale jej siostra Felicja pozostała panną.
Oto krótkie wspomnienie o Felicji Baranieckiej, napisane przez mojego Ojca:
„Felicja, najprzystojniejsza z rodzeństwa, jedyna podobna do ojca, niepospolita jak na ówczesne czasy, daleko naprzód wybiegająca umysłem, nieprzeciętnie górująca nad otoczeniem, już wówczas emancypantka zajmująca się zagadnieniami filozoficznymi, a przez to mimo głębokiej pobożności dość wolnomyślna dociekająca prawdy poza religią objawioną, znająca literaturę, choć w starości swojej dla braku głębszego wykształcenia i z racji swego staropanieństwa- raczej kozioł ofiarny, wyśmiewany, z lekka traktowany, a niesłusznie! Zrezygnowała ze swego szczęścia, nie chciała wyjść za mąż, lecz samotnie pracowała dla siebie co było istnym curiosum w owych czasach. Była naczelniczką poczty na wschodnich krańcach Galicji, na Podolu i na Pokuciu, m.in. w Kozowej.
Na starość osiedliła się w Przemyślu, później była damą do towarzystwa swej niewidomej przyjaciółki P. Elżbiety Trzcińskiej w Gdyczynie, a po jej śmierci wziął ją mój ojciec do siebie, jako „rezydentkę,”gdzie zmarła mając 92 lata w 1941 r. pobierając stale emeryturę z której zawsze na imieniny dawała nam po 100 zl co bylo równowartością 20 dolarów.”
Z dokumentów wiem, że przez jakiś czas pracowała jako pocztmistrzyni w Majdanie Sieniawskim.
Co do Heleny – urodzonej w 1851 roku – to wyszła za Bolesława Chodzińskiego, kierownika szkoły ludowej w Sokołowie – brata znanego rzeźbiarza Kazimierza Chodzińskiego, którego wspaniałe rzeźby do dziś zdobią Chicago i Waszyngton.
Chodzi o jego projekty pomników Tadeusza Kościuszki, który stanął w Humboldt Park w Chicago i Kazimierza Pułaskiego w Waszyngtonie. W Polsce jest wiele jego dzieł szczególnie w kościołach, ale nie tylko. Nie o niego jednak chodzi, ale o Bolesława. Jego ojcem był malarz Karol Chodziński /1815-1904/ a matką Zofia z Dubielowskich.
Helena i Bolesław Chodzińscy mieli dwie córki – Stanisławę Zofię i Kamillę. Helena umarła w 1877 roku przy urodzeniu tej drugiej – Kamilli. Miała wtedy zaledwie 26 lat.
Pierwsza ich córka – Stanisława Zofia /1872-1906/ w 1895 roku wyszła za aptekarza w Sokołowie Stanisława Konstantego Andrzeja Dańczaka i miała z nim 10-ro dzieci! Umarła w wieku 34 lat.
W latach 90-tych korespondowałem dość długo z Dańczakami, a w szczególności z wnuczką tej Stanisławy Zofii z Chodzińskich Dańczakowej Zofią Ginalską /rocznik 1926/, która była bardzo zasłużonym profesorem onkologii i umarła bezdzietnie w 2001 roku.
O drugiej córce – Kamilli – nie mam żadnych informacji.
W dwa lata po jej śmierci jej mąż – Stanisław Konstanty – ożenił się po raz drugi /znowu w naszej rodzinie/ z Zofią Niewolkiewicz, córką Stefanii Baranieckiej i Jana Niewolkiewicza i miał z nią pięcioro dzieci! Z dwóch żon miał więc piętnaścioro dzieci!
Stefania – kolejna córka Feliksa i Karoliny Baranieckich – wyszła za mąż za Jana Niewolkiewicza – nauczyciela szkół ludowych w Kamieniu. Miała z nim sześcioro dzieci, a wśród nich Wiktora, u którego mieszkał – będąc już na emeryturze – jego wuj Władysław Baraniecki, major wojsk austriackich.
Ów Wiktor ożeniony z Filomeną Fiedler miał m.in. syna Julka, który był myśliwym i odwiedzał nas w Dynowie.
Był dokładnie rówieśnikiem mojego Ojca – rocznik 1909.
Mówię o tym dlatego ponieważ chcę przytoczyć to co mówił o Julku.
“Julek Niewolkiewicz był generalnym plenipotentem ordynacji Sieniawskiej książąt Czartoryskich.Książę zrobił go plenipotentem w sytuacji kiedy wszyscy uciekali przed Niemcami.Swoją drogą książę uciekał w głupocie swojej nie wiedząc, iż arystokracja hiszpańska, z którą był spokrewniony starała się o niego poprzez ambasadę hiszpańską w Berlinie.
W konsekwencji tych starań Niemcy stale pytali o księcia i szukali go ale po prostu nie po to aby go uwięzić a wręcz przeciwnie aby go ochronić i pomóc. Książę nie zdając sobie sprawy z tych intencji i tłumacząc je sobie opacznie dawał drapaka aż się kurzyło, a Julka Niewolkiewicza opatrzył tak szerokimi plenipotencjami, że tenże mógł nawet sprzedać całą ordynację.
Jego plenipotencję widziałem i czytałem najdokładniej. Była zrobiona przez notariusza.
Julek przeniósł się później – nie wiem z jakich przyczyn – do ordynacji Zamoyskich gdzie były silne bandy Batalionów Chłopskich, które Julka traktowały jako pracownika krwiopijcy ludu pracującego i rabowały bez litości do gruntu w wyniku czego Julek uciekał w jednych portkach do Prus Wschodnich już po przyjściu bolszewików.”
Najmłodszym dzieckiem Feliksa i Karoliny Baranieckich była Maria Joanna urodzona w 1855.
30 czerwca 1896 roku w Racławicach, wyszła za mąż za Józefa Jana Długosza z Korczyny – plenipotenta dóbr biskupa Józefa Sebastiana Pelczara.
Mieli syna Stanisława, urodzonego w 1897 roku w Nisku, par. Racławice, który umarł 9 października 1976 roku.

Ślub Marii Baranieckiej z Józefem Długoszem 30 czerwca 1896 roku. Od lewej – Maria Baraniecka, Józef Długosz, Wanda Salomea Frischmanowa, Felicja Baraniecka, Władysław Baraniecki

Maria i Józef Długoszowie z dziećmi. Pięcioro z nich jest potomstwem Józefa Długosza z pierwszego małżeństwa z Izabellą Horwath. Jedno – to syn Marii i Józefa – Stanisław
Był doktorem prawa i pracownikiem Prokuratury Skarbowej w Warszawie. Być może jednak, chodziło o wydział d/s przestępstw gospodarczych w Prokuraturze Krajowej czy Regionalnej.
Stanisław żonaty był z niejaką Adą Reicher i miał z nią dwoje dzieci – Zofię i Stanisława – późniejszego wiceministra handlu zagranicznego w okresie gierkowskim.
Pięć pokoleń – Aneks VII
Budowa domu w Dynowie
Zdaję sobie sprawę, że temat własności parceli, na której w 1909 roku stanęła druga część domu, z punktu widzenia historii rodziny Frischmanów, nie ma większego znaczenia, ale co by nie powiedzieć to jest przecież jakaś część historii dynowskiego domu, a zaczem przytoczę ją tutaj – w dużym skrócie – na podstawie posiadanych dokumentów.
Otóż niejaka Chaja z Haübenów Kalterowa 20-go lipca 1899 r. dokonała cesji skryptu dłużnego na sumę 600 koron na rzecz swojego syna Majera Kaltera. Ten skrypt – począwszy od 1-go sierpnia 1899 r. był obciążony 10% procentem. Był też wpisany w stan bierny połowy realności whl 593 /whl oznacza „wykaz hipoteczny liczba”- „Wohnhausblatt”/, czyli parceli, o której mówimy. Chaja musiała zaciągnąć tę pożyczkę wcześniej, ale nie wiem kiedy.
Właścielami parceli było podówczas troje Kalterów:
Chaja w 2/4 (tak zapisano w księdze gruntowej. Nie 1/2 tylko właśnie 2/4), Majer w 1/4 i Leiba Izaak też w 1/4.
28 lipca 1904 r. Leiba Izaak /używający imienia Izaak/ zaciągnął w Towarzystwie Zaliczkowym pożyczkę na sumę 1200 koron na 7 i 1/2 procent od sta i wpisał ją w ciężar swojej 1/4.
3 maja 1905 r. nieumiejąca pisać Chaja, która podpisywała się “kółkiem”, bo jako Żydówka nie podpisywała sie „krzyżykiem”, zaciągnęła jeszcze jedną pożyczkę w Towarzystwie Zaliczkowym. Tym razem na sumę 550 koron na 7 i 1/2 procent od sta i wpisała ją w ciężar swoich 2/4.
Chaja umarła niedługo potem – też w 1905 roku – i jej połówka realności przeszła w drodze spadku na rzecz Majera Kaltera i Leiba Izaaka Kaltera. Obaj bracia dostali więc po połowie z matczynej połówki.
12 czerwca 1906 roku Majer Kalter sprzedał część, którą dostał po matce plus swoje 1/4 bratu Leibie Izaakowi za sumę 5000 koron.
Kontrakt został przygotowany przez notariusza w Rzeszowie Karola Prochaskę. Świadkami byli p. Józef Jaśkiewicz – aptekarz w Rzeszowie i Samuel Eimer – restaurator w Rzeszowie.
Leiba Izaak Kalter został więc całkowitym właścicielem całości i jako taki już 8 sierpnia 1906 roku sprzedał ją naszemu dziadziowi za kwotę 10.600 koron. Ta suma została wypłacona w ten sposób, że dziadzio przejął stare długi, zaciągnięte jeszcze przez Chaję w Towarzystwie Zaliczkowym a wynoszące już 1589 koron 16 halerzy a 9010 koron i 84 halerzy wypłacił gotówką.
O ile parcele kupione od Kaltera leżały po południowej stronie budynku, to po północnej właścicielką dwóch parceli była Chana Mindla z Weinbergerów Fränkel, z którą nasz dziadzio zawarł dwa kontrakty kupna sprzedaży. Jeden 14 sierpnia 1925 roku na zakup parceli nr 471 oraz drugi z 18 maja 1926 roku na zakup parceli nr 852.
Chana Mindla była niepiśmienna i na kontraktach postawiła jedynie kółeczka. Stawili się świadkowie, którzy potwierdzili autentyczność kółeczek. Chana chociaż analfabetka, ale liczyć umiała. Obie nieruchomości obłożone były tak licznymi długami, że dziadzio wypłacił Chanie gotówką za pierwszą parcelę tylko 780 złotych a za drugą 3000 zł, ale naturalnie musiał spłacić jej długi.
Opis i oszacowanie domu
Odpis wierzytelny
Nr III 54/5 CK Sąd Powiatowy w Dynowie 20 listopada 1905 . Protokół spisany na miejscu przedmiotu w Dynowie. Obecni: Aleksander Golan ck Kanc. jako delegat Sądu, Ludwik Cieszyński, Jan Wyszatycki i Franciszek Frischman aptekarz i właściciel realności w Dynowie.
Przedmiot: Dobrowolne oszacowanie realności whl. 20 Ks gm. Dynów objętej stosownie do polecenia z dnia 20 listopada 1905 r. L. III 54/5.
Początek czynności po godzinie 1 po południu. Znawcom przypomniano złożoną przez nich przysięgę poczem im oznajmiono daty katastralne, podatkowe i gruntowe i przystąpiono do czynności (?):
I. Stan majątkowy: W stan realności whl 20 Ks gminy Dynów objęte wchodzą następujące części składaine, a mianowicie:
1. Parcela budowlana 245 bez powierzchni
2. Parcela budowlana 246/2 bez powierzchni na obydwiech stoji dom mieszkalny
3. Parcela budowlana 244/1 na ogród przeistoczona
4. Parcela 222 ogród o powierzchni 129 sążni
5. Parcela grunt. 221/8 ogród o powierzchni 62 sążni
Podatek gruntowy, podatek czynszowy wynosi rocznie 280 koron 81 halerzy. Do tego podatki krajowe i gminne.
II Opisanie
Na parcelach budowlanych 245 i 246/2 stoji obecnie dom z materyału twardego przed dwoma laty zbudowany dachówką kryty. Dom ten jest 1 piętrowy …mieszkalnym frontem ku zachodowi w rynku tuż obok drogi głównej prowadzącej do Przemyśla i Sanoka a więc przy trakcie głównym. Do domu tego wchodzi się bądź to osobnym korytarzem ze strony północnej przyległym, bądź też drzwiami frontowymi od rynku a prowadzącymi głównie do lokalu aptycznego. Do lokalu aptycznego wchodzi się dwuskrzydłowymi drzwiami do połowy oszklonymi zaopatrzonymi w roletę. Do lokalu o posadzce z sztucznego kolorowego kamienia i 2 oknach. Dalej z tąd w kierunku północnym dwuskrzydłowymi drzwiami do mniejszej izby o 2 oknach i podłodze drewnianej. …izby są zaopatrzone oknami jedynie ze strony zachodniej i wspólnym dużym piecem kaflowym w ścianie środkowej się znajdującym.
Z tej ostatniej izby jednoskrzydłowymi drzwiami … na kierunku wschodnim wychodzi się do małej przedsionki o podłodze kamiennej z kąd jednoskrzydłowymi drzwiami wychodzi się na na powyżej już wspomniany kurytarz lub też w prostym kierunku dwuskrzydłowymi drzwiami do pokoju wschodniego…podłodze kamiennej i piecu kaflowym. Dalej z tąd w kierunku południowym dwuskrzydłowymi drzwiami do 2 pokoju o 2 oknach takiej podłodze i piecu a z tąd jednoskrzydłowymi drzwiami do kuchni o podłodze drewnianej 1 oknie, piecu piekarskim i kuchni angielskiej a z tej kuchni jednoskrzydłowymi drzwiami do sieni o podłodze kamiennej i 1 oknie a w koncu z tąd jednoskrzydłowymi drzwiami w kierunku południowym do spiżarki lub tez takiemi drzwiami w podwórze a też w kierunki południowym w 1 krok naprzód do miejsca odchodnego.
Z izby północnej lokalu aptycznego a powyżej już opisanej wychodzi się na to jednoskrzydłowymi drzwiami do połowy oszklonymi prawemi do malutkiej ubikacji a z tąd schodami żelaznymi na dół do laboratorium o posadzce cementowej o 2 mniejszych oknach suterynowych w ścianie frontowej zachodniej się znajdujących a siatkami drucianemi zaopatrzonych gdzie znajdują się … i piec laboratorski.
Z tego laboratorium wchodzi się jednoskrzydłowymi drzwiami w kierunky wschodnim do małej sionki lub kurytarza z którego jednoskrzydłowymi drzwiami w prostym kierunku wschodnim wchodzi się do piwnicy aptycznej o 1 oknie a wychodzi na powrót na ten kurytarzyk idąc dalej nim w kierunku południowym a następnie schodząc 3 schodami na dół na taki kurytarzyk w kierunku zachodnim prowadzącym do drugiej obszernej piwnicy zachodniej lub Nr 3 piwnicy dalszej wschodniej a to drugiej znajdującej się pod lokalem aptycznym nr 3 pod pokojem drugim parterowym wyżej już opisanym.
Wchodząc kurytarzem wyżej już nadmienionym do powyższego domu dużymi drzwiami dwuskrzydłowymi …nad którymi jest umieszczone w murze dość duże okno służące dla wpuszczenia światła na ten kurytarz. Kurytarz ten jest o posadzce ze sztucznego kamienia kratkowanego, którym wychodzi się bądź to na podwórze bądź też schodami drewnianymi, łamanymi na 1 piętro skąd prowadzą także schody w kierunku wschodnim do góry do 1 separatki o 1 oknie piecu małym żelaznym i jednoskrzydłowymi drzwiami w górze do 1/3 części oszklonymi.
Z kurytarza pierwszego piętra dwuskrzydłowymi drzwiami do połowy oszklonymi w kierunku zachodnim wchodzi się do małej przedsionki a z tąd dwuskrzydłowymi drzwiami w prostym kierunku wchodzi się do obszernego pokoju o 3 oknach i piecu kaflowym a z tąd dwuskrzydłowymi drzwiami w kierunku południowym do ostatniego pokoju frontowego zachodniego z 2 oknami i przedniej … dwuskrzydłowymi, do połowy oszklonymi drzwiami prowadzącymi na frontowy, zachodni, kamienny, wspaniały balkon.
Z tego pokoju dwuskrzydłowymi drzwiami w kierunku zachodnim wchodzi się do pokoju o 2 oknach o piecu kaflowym a z tąd w kierunku dalszym wschodnim do kuchni o 1 oknie piecu piekarskim i kuchni angielskiej.
Dalej w kierunku wschodnim do sieni gdzie się znajduje spiżarka …jąca się spiżarce w parterze a następnie na galerię pierwszego piętra prowadząca do kloakarni.
Tak z sieni przedkuchennej parterowej jak i takiej sieni przedkuchennej pierwszego piętra prowadzą schodu na strych przedzielony mający służyć dla dwóch familii posadzką z cegły wykładaną o 6 oknach w ogniomurze ze strony zachodniej się znajdujących.
Na podmurzu w kierunku wschodnim w oddaleniu do około 8 kroków od kuchni znajduje się nader głęboka studnia cymentowa o …niej pompie kołowej a następnie w kierunku północnym do 10 kroków od tej studni licząc są dalsze budynki gospodarcze jak stodoła, stajnia drewniana i wozownia. Budynki te ścianą zachodnią graniczą bezpośrednio z budynkiem mieszkalnym murowanym sąsiedzkim i są drewnianym gontem kryte.
Tuż poza wspomnianą studnią bezpośrednio od budynków gospodarczych w oddaleniu do 8 kroków w dalszym kierunku wschodnim jest położony ogród owocowy i warzywny, w którym znajduje się pasieka z kilkunastu pniów się składająca. Budynki gospodarcze są w dobrym stanie utrzymane w przed takowymi znajduje się miernie duży podwórzec służący wyłącznie ku celom gospodarczym.
III Oszacowanie
Oszacowanie przedsiębierze się wedle miejscowej praktykowanej ceny sprzedaży z uwzględnieniem co do budynków położenia jakości materyału i stanu utrzymania zaś co do gruntów jakości gleby rodzaju uprawy i również położenia.
1. Parcela budowlana 245, 2. Parcela budowlana 246/2 na których stoi obecnie dom mieszkalny i budynki gospodarcze warte są 4000 koron.
3. Parcela budowlana 244/1 obecnie zmieniona i przeistoczona na ogród może jednak być użyta jako plac budowlany, warta jest 800 koron.
4. Parcela budowlana 222 ogród o powierzchni 129 sążni kwadratowych a 8 koron za sążeń = 1032 korony.
5. Parcela gruntowa 221/8 ogród o powierzchni 62 sążni a 8 koron za sążeń = 496 koron.
Razem grunta 6328 koron.
Do tego budynek mieszkalny warty 40 000 koron. Do tego budynki gospodarcze 1500 koron – razem budynki 41 500 koron.
Słownie – czterdzieści jeden tysięcy pięćset koron.
Ludwik Cieszyński, Jan Wyszatycki, Franciszek Frischman.
Zakończono o godzinie 7:45 wieczór z tem iż …za trud i stratę czasu policzają kwotę po 6 koron i o przyznanie takowej upraszają.
Ponieważ powyższe za czynności trwała przez godziny …bez przeceny przeto policzam należytość w kwocie 5 koron i o przyznanie takowej upraszam.
Aleksander Gałan C.K. Kancelista sądowy
Dynów 4 grudnia 1905.
Pięć pokoleń – Aneks VIII
Adopcja Franciszka Frischmana-Baranieckiego






Pięć pokoleń – Aneks IX
Listy Staszka Baranieckiego z obozu Auschwitz
Lektura listów Staszka z obozu jest trudnym doświadczeniem.
Listy pisane po niemiecku opisują stale tą samą frazeologią, że autor jest zdrów, zadowolony ze swej sytuacji, a wyraża zaniepokojenie tylko tym, czy w rodzinnym domu „wszystko jest w porządku”.
Równocześnie stale przypomina, że pieniądze może otrzymywać tylko w walucie niemieckiej /RM/ i – Boże broń – nie w paczce z odzieżą.
Te pieniądze dostaje i za nie dziękuje, oraz stale przypomina polecenie komendanta obozu o obowiązujących w korespondencji rygorach.
Pierwszy list pisany jest w lipcu 1940 r. a ostatni 24 listopada 1940 r.
Z końcem stycznia 1941 przyszedł telegram komendantury obozu adresowany do Franciszka Baranieckiego o śmierci syna.
Oto jego treść:
Niemiecka Poczta Wschód
Telegram nadany w Auschwitz 31/29 29/1 20:02
Telegram odebrano
30.1.1941 08:07
W Reichshof /Rzeszów/
Franciszek Baraniecki
Dynów, Rynek 10, pow. Brzozów
Syn Stanisław dziś zmarł w obozie koncentracyjnym w Auschwitz co potwierdziła komendantura Policji Bezpieczeństwa i Policji /?/ dystryktu Kraków /?/
Komendant obozu

A oto tłumaczenie tych listów:
Pierwszy:
Auschwitz 28/VII 40
Kochana Matko!
Donoszę Ci, że jestem zdrów i mam nadzieję, że mój list zastanie Cię w najlepszym zdrowiu.
Znajduję się tu, w Auschwitz w obozie i czuję się dobrze. Informuję, że przesyłki pieniężne mogą być realizowane tylko w niemieckiej walucie, a listy muszą być pisane tylko po niemiecku.
Wysyłając listy należy uwzględnić przepisy wydrukowane na kopercie.
Serdeczne pozdrowienia i ucałowania ślę Tobie i wszystkim domownikom.
Stanisław

Drugi:
25.8. 1940
Moja droga Matko!
Otrzymałem z domu list i cieszę się bardzo, że wszystko jest w porządku. Pieniądze – 10 RM otrzymałem.
Jestem zdrów i niecierpliwie oczekuję wiadomości z domu.
Mamo! Dlaczego sama nie odpowiedziałaś na mój list?
Proszę, by wszyscy podpisywali się w listach do mnie. Pieniądze mogą być dalej do mnie przysyłane tylko w walucie niemieckiej.
Pozdrawiam i całuję Ciebie i wszystkich
Staszek

Trzeci:
8.9. 1940
Kochana Matko!
Twój drugi list otrzymałem. Bardzo mnie ucieszył. Jestem zadowolony. Ten Twój drugi list rozminął się z moim ostatnim listem. Pieniądze można tu przysyłać tylko w RM.
Pisz tylko o tym, co się dzieje w domu.
Niech wszyscy podpisują się na końcu listu. To sprawia mi tylko wielką radość. Jestem zdrów i wiedzie mi się całkiem dobrze.
Pozdrawiam was wszystkich serdecznie, do ponownego zobaczenia.
Staszek

Wspólny skan dwóch listów Staszka: z 28 lipca i 8 września 1940 r.
Czwarty:
Baraniecki Stanisław
Ur. 4.3.1922
Więzień nr 208
Blok 3
Auschwitz 13.10.1940
Drogi Ojcze!
Wysyłam Ci najserdeczniejsze życzenia wszystkiego najlepszego. Ostatni list otrzymałem tydzień temu. Ucieszyłem się bardzo wiadomościami o Jurku i Andrzeju. Jestem zdrowy i czuję się dobrze. Każdy list od Ciebie, mój drogi Ojcze, sprawia mi tyle radości, że niecierpliwie czekam na następny. Drogi Ojcze, pisz zawsze jak najwięcej o wszystkim, co może mnie interesować.
Pozdrowienia i całusy dla Ciebie i wszystkich w domu.
Twój Staszek

Piąty:
Mój adres:
Więzień prewencyjny
Baraniecki Stanisław
Urodzony 4/III 1922
Więzień nr 208 blok 3
Auschwitz 10/XI 1940
Droga Mamo!
Przed dwoma tygodniami otrzymałem list od ojczulka.
Cieszę się, że w domu wszystko w porządku. Wysłane mi pieniądze otrzymałem, za które serdecznie Wam dziękuję.
Wszystkich w domu serdecznie pozdrawiam i całuję. Piszcie mi o wszystkim co może mnie dotyczyć.
Wasz syn
Staszek
Chcąc uniknąć interpelacji ze strony kierownictwa obozu i pragnąc szybkiego doręczenia przesyłki należy przestrzegać:
1. Wyraźnego pisania listów
2. Zakazu pisania listów poleconych
3. Wysyłania pustych kopert
4. Wysyłania marek niemieckich
5. Zakazu wysyłania w liście zdjęć fotograficznych
6. Zakazu wysyłania w liście pieniędzy
7. Pisania dwóch listów miesięcznie
Jeśli wszystkie te punkty będą przestrzegane, każdy list będzie bezzwłocznie dostarczony.
Wszelkie nieprzestrzeganie tych poleceń pociągnie z sobą wymierzenie kary i zniszczenie listu.
Proszę nie przysyłać mi żadnej ciepłej bielizny, bo taką tu otrzymuję.
Jeszcze raz pozdrawiam i całuję Was, kochani rodzice i wszystkich krewnych
Wasz syn
Staszek


Szósty:
Mój adres: Polak Prewencja
Stanisław Baraniecki
Urodzony 4.3.22 K.L. A
Więzień 208 bl.3
Poczta Auschwitz 24.XI.40
Najdroższa Mamo!
Twój list dotarł do mnie przed 3 dniami i bardzo mnie ucieszył. Dziękuję Ci serdecznie za pieniądze. Korzystając z pozwolenia kierownictwa obozu, proszę: wyślij mi natychmiast 1. pulower, 2. zimowe skarpety /narciarskie/, 3. Rękawice.
Do paczki nie można dołożyć niczego więcej, a także pieniędzy, bo wtedy paczka zostanie zarekwirowana.
Kochanej Basi z racji jej imienin zasyłam najserdeczniejsze życzenia szczęścia.
U mnie wszystko w porządku i mam nadzieję, że także u Ciebie. Pozdrawiam wszystkich w domu. Pisz wiele, bardzo wiele.
Serdecznie całuję Cię, najdroższa Mamo i wszystkich w domu, jak też Wojtka i Andrzeja.
Twój z głębi duszy kochający i za Tobą tęskniący syn
Staszek


W zbiorze dokumentów mam dwa listy niejakiego dr Stanisława Pełki-Pelińskiego. Pisane były /chyba/ w odpowiedzi na prośbę babci Wandzi. Trudno mi powiedzieć o kogo tu chodzi.
Ten Peliński był jakimś jasnowidzem. Babcia zwracała się do niego z prośbą o wyjaśnienie sprawy Staszka. Te listy pochodzą z 1942 roku, a więc były pisane już po śmierci Staszka…
Oto one:
Warszawa, dnia 14 listopada 1942
ul. Żurawia 35 m.5
Szanowna Pani!
O ile obraz mój jest zgodny z rzeczywistością, to niestety nie widzę p. Stanisława wśród żyjących. Piszę warunkowo, ponieważ załączona fotografia jest z dwóch przyczyn niefortunna do badań psychometrycznych: po pierwsze nie ma w ogóle widocznych źrenic, po drugie p. St. jest w towarzystwie drugiej osoby, której imię jest mi nieznane i jej fluidów nie mogłem wstrzymac w transie, obie zaś aury są z sobą sprzeczne.
Dlatego jeżeli Pani posiada lepszą fotografię p. Stanisława, to uprzejmie proszę mi ją przysłać, a spróbuję przeniknąć jego losy dokładniej. W tym bowiem wypadku, jaki obecnie zachodzi, widzę go wśród ciężkich mąk, osamotnionego początkowo, a potem przebywającego w baraku, w obozie internowanych i tam w pierwszym miesiącu 1941 /około 29 stycznia/ po dłuższej męce żegnającego ten świat. Jeszcze raz zaznaczam, że obraz ten może być nieścisły z przyczyn wyłuszczonych powyżej.
Oczekując ewent. odpowiedzi wraz z inną fotografią lub zapytań, łączę na razie wyrazy poważania
Dr Stanisław Pełka-Peliński
I drugi list pisany 7 grudnia 1942 roku:
Szanowna Pani!
W myśl życzeń Pani raz jeszcze poddałem badaniom psychometrycznym śp. Stanisława i niestety żałobną potwierdzam wiadomość w całej rozciągłości zgodnie z tym o czym pisałem poprzednio. Opatrzność Boska wybrała Go na męczennika i snadź taką mu wyznaczyła misję ziemską. Oby i w zbolałe jeszcze Rodziny wniosły wewnętrzne ukojenie słowa Pana:
“Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem oni posiądą Królestwo Niebieskie”.
Czyż nie jest to dowodem Łaski Boskiej, że śp. Stanisław stał się owym wybranym? Skłaniamy pokornie głowy przed wolą Pana w tej wierze, ze niedaleka przyszłość oświetli promiennie mroki dni, które przeżywać nam wszystkim Polakom oraz całemu światu przypadło.
Łączę wyrazy poważania
Dr Stanisław Pełka-Peliński
Z kronikarskiego porządku zamieszczam tu dziwną przepowiednię wróżki z Krakowa o Staszku Baranieckim. Brakuje daty, ale można się domyślać, że przepowiednia została przysłana w jesieni 1940 roku, a może już z początkiem 1941.
Oto ona:
Obecnie jest /Staszek/w kamieniołomach w Płn.-Zach. Niemczech w okolicy Hamburga, miała przykrą wiadomość /to się chyba odnosi do wróżki, że miała przykrą wiadomość w tych swoich widzeniach/ , jednak przeżyje wojnę. Praca ciężka w lochach podziemnych, wysadzają skały i usuwają gruz. Dołem gorąco, w górze przeciąg. Powróci z pocz. r. 1943. Będzie chory. Częściowo już zapada na zdrowiu. Zimą będzie b. ciężko wytrzymać. Powietrze wprost ciężkie, rzadkie – zapadnie na płucną chorobę. Wywozi gruzy wózkami ręcznymi. 10 godzin pracy. O wydostaniu mowy nie ma. Ten obóz jest rok temu założony. Ludzie tam są straceni.
Wróci chory, 2 lata będzie się leczył, będzie nadrabiał szkoły, ale je przerwie, zajmie się pracą społeczną inną od założ. W 1950 r. ożeni się, lecz nie długie szczęście, ze zdrowia zwłaszcza. W 1958 r. śmierć.
Były łapanki i został wzięty, skonfrontowany z kolegami, przyznał się przez bicie do uprawiania polityki, lubo to nieprawda, jedynie podawał wiadomości.
Pięć pokoleń – Aneks X
Rodzina Filipa Frischmana-Baranieckiego
Oto co na temat Filipa i jego rodziny napisał mój Ojciec:
“Filip ożenił się z Eugenią Doczyło w 1916 roku.
Matka Eugenii była z domu Decker, najmłodsza córka Fryderyka, którego piękny postument jest na cmentarzu w Dynowie, idąc do kaplicy tuż przed nią, po lewej stronie w bocznej alei.
Na imię miała Karolina. Jej nieoznaczony grób jest na starym cmentarzu tuż przy wejściowej, lewej alei.
Stary Fryderyk był dzierżawcą Ulanicy, a na starość kupił sobie dom w rynku, w rogu – naprzeciw Wrony. Dom ten później kupił Krasnopolski – piekarz. Dzisiaj rozburzony, a na jego miejscu zbudowano nową aptekę.
Fryderyk Decker był napływowym Austriakiem, zupełnie spolszczonym. Miał cztery córki i syna Józefa – dziadka Ewy Decker – lekarza w Warszawie, który był żonaty z Chmielewską z Przemyśla.
No więc ta najmłodsza córka Fryderyka wyszła za mąż za Jakóba Doczyło urzędnika sądowego, o którym dzisiaj powiedzielibyśmy ‘dyrektor hipoteki’.
Ów Doczyło /zm. 26.X.1935 w Przemyślu/ był greko-katolikiem czyli Rusinem, co w dawnych czasach nie robiło żadnej różnicy. Polityka wówczas nie istniała.
Nie był Ukraińcem czyli nacjonalistą, lecz spoglądał raczej w stronę carskiej Rosji – za co też odpokutował.
Przez głupotę rządów austriackich wpakowano go – spokojnego człowieka, który nikomu nic nie zaszkodził – do więzienia w Thalerhofie w Tyrolu.
Po śmierci żony ożenił się po raz drugi z Rusinką popadianką /córką popa/, z którą miał jednego syna zmarłego dzieckiem.
Z pierwszej żony /tej córki Fryderyka/ miał 3 córki: Eugenię, Janinę i Stanisławę – te młodsze – zażarte Polki i syna Stefana, który po ojcu też był greko-katolikiem. Bardzo porządny człowiek – cichy, łagodny. Znałem ich wszystkich dobrze.
On umarł 13.V.1942 r.
Żonaty był z Julią – nazwiska nie pamiętam – wspaniałą, czarnobrewą Ukrainką, właścicielką domu na Lipowicy – na końcu ul. 3 Maja gdzie miała też parę morgów pola. Ale małżeństwo nie było udane – myślę, że z powodu poglądów. Umarła w parę lat później zapisawszy cały majątek na cele ukraińskie. Jakieś towarzystwo “Proswita” czy coś podobnego. A mogła zapisać i Filipom, którzy byli biedni i bardzo by się im to przydało. No! Trudno!
W czasie gdy ojciec /tj. Jakób Doczyło/ siedział w czasie wojny, a Stefan zdaje się też, córki /tj. siostry Stefana/ sprzedały swój dom – tam gdzie był Sokół, później kino i mieszkały u Banata na Zamczysku – tam gdzie później mieszkała Jaśka Patkiewicz.
Odwiedzałem je tam często i byłem z nimi wszystkimi “per ty”. Chodziłem tam razem z Dusią Banachówną, która się z nimi przyjaźniła. To wszystko były panny inteligentne, tak że wiele przy nich skorzystałem.
Ojciec – Leonard Stemerowicz był lekarzem wojskowym w Bośni. Później po wojnie w Polsce był lekarzem Kasy Chorych w Przemyślu. Miał wspaniale urządzony gabinet, bardzo porządny człowiek, ale moja Mamusia mówiła o nim, że jako lekarz był lichy. Był bigotem a jego żona – Maria z domu Wójcik – odznaczała się krwistym temperamentem, więc ją aż roznosiło, co z niesmakiem starsze panie zauważały.”
Pięć pokoleń – Aneks XI
Relacja z ukraińskiego napadu na Dynów, a w tym na naszą Aptekę.
W dniu 16.11.1946 r. przed akcją na Dynów, w lasach dylągowskich miała miejsce koncentracja oddziałów ukraińskiego podziemia. Wzięły w niej udział sotnie UPA przemyskiego kurenia pod dowództwem Włodzimierza Szczygelskiego „Burłaki”, Jaroława Kociołka „Kryłacza”, Michała Dudy „Hromenki” a także pododdział pod dowództwem „Mrija” z terenu USRS, który czasowo przebywał na terenie Polski a także rejonowa bojówka Służby Bezpieczeństwa OUN-B. Całością ukraińskich sił dowodził Mikołaj Sawczenko „Bajda” – dowódca przemyskiego kurenia UPA. Siły, które wzięły udział w tej akcji należy szacować na co najmniej 500 uzbrojonych ludzi. Była to jedna z większych operacji wojskowych UPA w Polsce.
Głównym celem napadu było zdobycie leków i towarów codziennego użytku potrzebnych dla oddziałów UPA przed zbliżającą się zimą a przy okazji chciano także pokazać polskiemu społeczeństwu siłę ukraińskiego podziemia.
Przebieg napadu na Dynów najlepiej obrazuje raport specjalny szefa PUBP w Brzozowie por. Ludwika Turka z dnia 18.11.1946 r., który w całości poniżej prezentuję.
Andrzej Stankiewicz
„Brzozów, 18 XI 1946 r.
Do szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie Raport specjalny
Dnia 16 XI 1946 r. o godz. 21.30 do miasteczka Dynowa ze wszystkich stron wtargnęła banda UPA w sile około 400 ludzi uzbrojonych w rkm-y, automaty, karabiny i granaty ręczne, część bandy była w mundurach wojskowych polskich, a część w ubraniach cywilnych. Banda przed wtargnięciem uszkodziła linię telefoniczną, prowadzącą z Dynowa w kierunku Przemyśla, Sanoka i Brzozowa, przez zerżnięcie słupów telefonicznych i zerwanie przewodów telefonicznych. Ponadto w miejscu uszkodzenia linii pozostawione były silne placówki, które zabezpieczały jednocześnie drogi prowadzące do Dynowa.
Banda do Dynowa wtargnęła 3 grupami UPA i jedną grupą banda polska NSZ-etu pod dowództwem ps. „Młota”’. Każda grupa miała wyznaczony zakres działania, a mianowicie : Część grupy ps. „Młota” zajęła się rabunkiem w aptece, w grupie tej było 2 lekarzy i 1 magister farmaceuta, którzy specjalnie wyszukiwali potrzebne im lekarstwa i narkotyki. Pozostała część grupy patrolowała Dynów i przy zetknięciu się z ludnością przedstawiali się jako Wojsko Polskie, zaś swych dowódców tytułowali po polsku, jak panie poruczniku, kapitanie itp., starając się w ten sposób zdezorientować ludność i oddział ORMO.
Ponadto grupa będąca w aptece oświadczyła właścicielowi apteki Baranieckiemu Franciszkowi, że środki lecznicze, które zabierają, są dla oddziałów partyzanckich polskich i UPA.
Jedna z grup UPA zabezpieczała ulicę i przyjmowała walkę z oddziałem ORMO i MO, zaś pozostałe dwie grupy zajęły się rabunkiem. Zostało obrabowanych : Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa, gdzie zabrano różne towary na sumę 300 000 zł oraz został podpalony lokal biurowy, który częściowo został spalony. Sklep prywatny Tarnawskiego Władysława, gdzie zrabowano towary mieszane na sumę 55 600 zł. Sklep prywatny Kędzierskiego Mariana, gdzie zrabowali towary gastronomiczne na sumę 13 750 zł. Sklep prywatny Bucikowskiego Mariana, gdzie zrabowano towary konfekcyjne na sumę 200 000 zł.
Sklep prywatny Stankiewicza Bronisława i Kędzierskiej Genowefy po obrabowaniu różnych towarów na sumę 500 000 zł został spalony, który spalił się doszczętnie. Sklep prywatny Węgrzyn Marii, gdzie zrabowano towary cukiernicze i monopolowe na sumę 150 000 zł. Warsztat szewski Majdy Józefa, gdzie zrabowano skóry na sumę 200 000. Wartość zrabowanych towarów i lekarstw w aptece wynosi l 000 000 zł. Ogólne straty wyrządzone przez bandę w zrabowaniu towarów wynoszą 3 383 500 zł.
Grupa UPA zabezpieczała ulice miasteczka, wraz z grupą NSZ-etu udała się do posterunku MO, który został zamknięty od wewnątrz, a na posterunku był tylko obecny jeden milicjant dyżurny Stec Wojciech, gdyż reszta milicjantów udała się wraz z komendantem na odgłos pierwszych strzałów stoczonej walki z oddziałem ORMO.
Banda po przybyciu pod lokal posterunku obstawiła go 8 rkm-ami i wezwała po nazwisku dyżurnego Steca do poddania się, oświadczając, że nic mu się nie stanie, a jeżeli zdobędą włamaniem, to będzie jego marny los. Milicjant Stec bronił się do czasu wystrzelenia naboi, następnie ukrył się na strychu.
Banda włamała się przez okna zamknięte okiennicą, którą uszkodzono pociskami, przez przecięcie sztaby regulującej okiennicę. Po wtargnięciu się w opisany sposób do lokalu posterunku banda zdemolowała lokal wystrzałami broni automatycznej i rzuconymi granatami, potem zrabowała sorty mundurowe milicjantów, tak cywilne, jak i służbowe, pościel i obuwie, uszkodziła aparat telefoniczny strzałami, o czym świadczy rozbita słuchawka od pocisku i ślady na ścianie, potem zrabowali go.
Ponadto zabrali prowiant milicji, który miał wystarczyć do pierwszego grudnia. Akta posterunku zostały w większości zniszczone. Zniszczyli doszczętnie umeblowania posterunku, jak: biurka, szafy, stoły i krzesła. Zabrali równocześnie wszystkie naczynia z kuchni, po splądrowaniu posterunku banda udała się do grup rabujących sklepy.
Banda, penetrując miasteczko, napotkanych mieszkańców zatrzymywała, zabierając obuwie i wierzchnią odzież, po czym puszczali, nakazując udać się do mieszkania. Natomiast do osób, które się broniły lub stawiali opór z bronią, strzelali. Został zabity Sikora Jan, lat 51, Domin Stanisław, lat 32, i Bałdys Władysław, lat 42. Ranni zostali: Domin Jan, Drozd Agata, Cymbalista Mieczysław. Z oddziału ORMO zostali zabici podczas stoczonej walki: Rakowski Józef, syn Michała i Pauliny, lat 23, Ulaniecki Antoni, syn Jakuba i Anieli, lat 49. Obaj pochodzą z Dynowa. Ranni zostali Tymowicz Stanisław i Toczek Karol z Dynowa.
W czasie walki oddział ORMO stracił 6 karabinów, 2 karabiny zabitych, 2 karabiny rannych i 2 zostały zabrane podczas zatrzymania ich żywych, którzy po odebraniu im broni zdążyli uciec. Jeden karabin został zdobyty przez członka ORMO od bandy. Jak wskazują ślady skrzepłej krwi, to ze strony bandy byli zabici lub ranni, ponieważ znaleziono w 6 miejscach krew niepochodzącą z zabitych i rannych własnych. 4 takich śladów jest na Rynku, a 2 przed lokalem posterunku. Rannych jednak banda zabrała ze sobą.
O godzinie 24 banda pod osłoną strzałów wycofała się z miasteczka Dynowa, przez San przechodząc brodem, wraz z zrabowanym łupem. Ponadto banda rozrzuciła kilkanaście broszur i ulotek wśród ludności w Dynowie, a to broszury pod tytułem: Stosunki polsko-ukraińskie, pisane w języku polskim, odbijane na powielaczu, ulotki pisane w języku polskim odbijane na powielaczu pt. Nasza odpowiedź.
Zachowanie się ludności miasteczka Dynowa podczas napadu bandy bylo dość spokojne, nie wytworzyła się panika, ludność garnęła się do obrony i stawiała ją z dużym zapałem, wskutek tego dużo sklepów zdołano uratować swoją obroną przed obrabowaniem. Jak również uratowano pocztę i Bank Spółdzielczy, gdzie znajdowały się większe sumy gotówki. Do całkowitej obrony brak było większej ilości broni i zapasu amunicji.
Jak stwierdzono, banda zdążyła ludność zdezorientować, ponieważ czołowe patrole bandy ubrane były w mundury wojskowe polskie, posługiwali się mową czysto polską, przy czym przedstawiali się za żołnierzy polskich. Szef PUBP w Brzozowie (-) Turek Ludwik”
Artykuł został napisany w oparciu o opracowania Artura Brożyniak zamieszczone w Piśmie Instytutu Pamięci Narodowej „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1 z 2008 r. oraz w Jarosławskim Roczniku Armii Krajowej nr 6 z 2008 r.
To tyle na temat tych wojennych wydarzeń.
Pięć pokoleń – Aneks XII
Lista miejsc zawodowych praktyk Franciszka Frischmana
15 lipca 1895 – 1 stycznia 1896 – Apteka pod Opatrznością w Dynowie /pod kierunkiem Franciszka Biechońskiego/
1 stycznia 1896 – 1 września 1896 – Apteka w Łańcucie /pod kierunkiem M. Szulca/
1 września 1896 – 1 września 1897 – Wiedeń
1 września 1897 – 1 stycznia 1898 – Apteka pod Opatrznością w Dynowie /pod kierunkiem Franciszka Biechońskiego/
1 stycznia 1898 – 1 lipca 1898 – Apteka w Krzeszowicach /pod kierunkiem Edwarda Rybackiego/
1 lipca 1898 – 1 września 1898 – Apteka pod Gwiazdą w Krakowie /pod kierunkiem Konstantego Wiszniewskiego/
1 września 1898 – 1 lutego 1899 – Apteka w Cieszynie /pod kierunkiem Edwarda Kaschki/
1 lutego 1899 – 1 maja 1900 – Apteka pod Opatrznością w Dynowie /pod kierunkiem Jana Cetery/
1 maja 1900 – 30 czerwca 1900 – Apteka pod Opatrznością w Dynowie /pod kierunkiem Czesława Chorubskiego/
1 lipca 1900 – 15 lipca 1900 – Apteka pod Gwiazdą w Krakowie /pod kierunkiem Konstantego Wiszniewskiego/
Pięć pokoleń – Aneks XIII
Lista miejsc zawodowych praktyk Kazimierza Baranieckiego
1. Od 20.X.1930 do 8.IV.1931 – w Dynowie u mgr Franciszka Baranieckiego.
2. Od 8.IV.1931 do 31.VII.1931 – w Jaworznie u mgr Józefa Szpunara.
3. Od 1.VIII.1931 do 31.XII.1931 – w Dynowie u mgr Franciszka Baranieckiego.
4. Od 1.I.1932 do 31.XII.1932 – w Bydgoszczy u mgr Ignacego Rochona.
5. Od 1.I.1933 do 1.X.1933 – w Dynowie u mgr Franciszka Baranieckiego.
6. Od 1.X.1933 do 31.X.1935 – w Brzozowie u dr Jana Zacharskiego.
7. Od 1.XII.1935 do 31.III.1937 – w Zakopanem u mgr Bogdana Donigiewicza.
1.IV.1937 przeniósł się do Dynowa, gdzie pracował u swojego ojca aż do dnia 24 stycznia 1945 kiedy to aktem notarialnym ojciec /Franciszek Baraniecki/ przekazał mu Aptekę na własność.
Pięć pokoleń – Aneks XIV
Nadanie szlachectwa i herbu Georgowi Frischmanowi — 3 maja 1727 roku

Herb dla Georga Frischmana, łaskawie przyznany i nadany
My Karol VI powierzamy pamięci wszystkich, razem i z osobna, których rzecz ta dotyczy, że my, przystając na najpokorniejszą prośbę niektórych wiernych poddanych naszych, uczynioną wobec naszego Majestatu, a także biorąc pod uwagę wierność i wierne służby poddanego naszego, Georga Frischmana, wieczystego prowizora księcia Paula Antona Eszterhazy’ego z Galanty we Frakno i władztwa Szczukő, to jest Hornstein, które on najpierw świętej koronie wspomnianego naszego królestwa węgierskiego, potem zaś naszemu cesarskiemu domowi i Majestatowi w różnych miejscach i w różnym czasie, a także przy różnych sposobnościach i potrzebach wiernie i stale okazywał i wyświadczał, i które przyrzeka w przyszłości z takim samym zapałem, z taką samą wiernością i stałością okazywać i wyświadczać;
przeto z tego powodu łaskawie uznaliśmy, że tegoż Georga Frischmana, przez zmarłego księcia Michaela Eszterhazy’ego z tejże Galanty, jako wieczystego pana we Frakno, a jego pana ziemskiego, obdarzonego wolnością i Majestatowi naszemu do otrzymania nadania szlachectwa jak najpokorniej, a ze skutkiem, zarekomendowanego, a przez niego jego żonę Katharinę Händlein, jego synów Johanna, Josepha, Ignaza, Franza, zrodzonych z Pauli, oraz Antona Ignaza, oraz córki tychże małżonków Georga i Kathariny — Rosalie, Annę Theresię i Marię Annę Katharinę — należy dołączyć, dokooptować i dopisać do stanu szlacheckiego;
w taki jednak sposób, że majątki ich, w sposób faktyczny posiadane teraz, i takie, które będą posiadane w przyszłości, od ciężarów, którym podlegały, nie mają być przez to nadanie szlachectwa wyłączone.

Karol VI Habsburg – władca, który w 1727 roku nadał szlachectwo Georgowi Frischmanowi.
Herb
Tarcza wojskowa, poziomo podzielona na dwa pola.
Pole górne jest błękitne i zawiera trzy złote gwiazdy ustawione w jednej linii.
W polu dolnym, srebrnym, nad zielonym pagórkiem znajduje się ludzkie ramię odziane w czerwoną rękawiczkę i trzymające w dłoni trzy złote róże wraz z łodygami.
Na tarczy spoczywa otwarty, kratowany hełm wojskowy, ozdobiony królewską koroną, z której wyłania się drugie ludzkie ramię, pod każdym względem podobne do ramienia opisanego wyżej.
Hełm ozdobiony jest labrami, czyli wstęgami, z jednej strony złotymi i błękitnymi, z drugiej srebrnymi i żółtawymi, opadającymi ku krawędziom tarczy.
Tak jak wszystko to zostało przedstawione i opisane, tak też postanawiamy, przyjmujemy, włączamy i zapisujemy ich do stanu szlacheckiego oraz dajemy, udzielamy i nadajemy im powyższy herb mocą niniejszego dokumentu.
Na wieczną rzeczy pamiątkę podpisaliśmy niniejszy dokument i poleciliśmy opatrzyć go naszą pieczęcią.
Dano przez ręce wiernego poddanego naszego, znakomitego i wielmożnego hrabiego Lajosa Batthyányego, dziedzicznego hrabiego Németújvár w komitacie Vas, administratora komitatu Zala, naszego królewskiego głównego cześnika na Węgrzech, szambelana i pierwszego asesora naszej Królewskiej Węgierskiej Kancelarii Nadwornej;
w naszym zamku w Laxenburgu, dnia 3 maja Roku Pańskiego 1727.

Libri Regii -Węgierska Księga Królewska. Wpis nadania szlachectwa Georgowi Frischmanowi.