Stanisław Gągałka, czyli z Warszawą w tle

Contents
Stanisław Gągałka
Herby Warszawy
Warszawski Krzyż Powstańczy
Warszawski Krzyż Powstańczy przyznany Stanisławowi Gągałce.
Legitymacja odznaczenia

Wstęp

Historia rodziny Gągałków dotyka pierwszej połowy XVIII wieku i chociaż na przestrzeni lat nazwisko zmieniało swoją pisownię, to jego brzmienie pozostawało takie same.

Te zmiany pisowni nazwisk były na polskich ziemiach czymś nieomal naturalnym i dotknęły wiele rodzin.

Przez całe lata zaborcy zniekształcali polskie nazwiska, używali różnych pisowni i alfabetów.

Nazwisko Gągałka z dwiema polskimi literami „ą” i „ł” było na to szczególnie podatne.

Rodzina pochodziła z Lubelskiego i poprzez różne związki małżeńskie pomieszała się z Niebrzydowskimi, Bancerzami, Bakierami, Salamuchami i wieloma innymi.

Dla jasności, pod koniec tego tekstu, zamieszczam rodzinne drzewo Gągałków, które wyjaśnia te powiązania.

Warszawska historia mojego Teścia – Stanisława Gągałki – rozpoczyna się w 1934 roku, gdy jako nastolatek przyjechał do Warszawy.

Przyjechał do pracy, bo w rodzinnym Nowodworze na lubelszczyźnie, nie miał możliwości „rozwinięcia skrzydeł”!

Skończył tam szkołę i dodatkowo kurs przysposobienia wosjkowego, ale potem możliwości urwały się, a na rodzinnej gospodarce zostać nie chciał.

Pojechał więc do Warszawy.

A oto historia, opowiedziana jego słowami.

Rozdział I — Warszawskie początki

”Miałem piętnaście lat, gdy zacząłem pracować w cukierni G.G. Lardelli przy ulicy Polnej 30 w Warszawie.

Dziś nie ma już śladu po tym pięknym lokalu, ale wówczas, w latach trzydziestych to była jedna z najbardziej okazałych i eleganckich kawiarni-cukierni w przedwojennej Warszawie.

Położona tuż koło Pola Mokotowskiego, na którym rozgrywały się konne wyścigi, była dogodnym miejscem dla bookmacherów i widzów, którzy po emocjach hazardu na gonitwach przychodzili na dobrą kawę, ciastka i desery.

Lokal lśnił od luster, marmurów i ciekawych sztukaterii. Przez olbrzymie okna można było z ulicy widzieć elegancką klientelę.

Tuż obok lokalu był zakład cukierniczy – także należący do pana Lardelli’ego, który nazywał się „Chocolaterie Suisse G.G. Lardelli”, a który zaopatrywał cukiernię w wyroby.

Kawiarnia G.G. Lardelli
Kawiarnia G.G.Lardelli w Warszawie na Polnej.

Mimo tych wspaniałości i całkiem dobrego wynagrodzenia, nie zagrzałem tam zbyt długo miejsca, bo jakoś po roku, otworzyła się możliwość ciekawszej pracy.

Zaczęło się od tego, że bardzo chciałem zostać kelnerem.

Trzeba przy tym powiedzieć, że w tamtych czasach, to znaczy w latach 30-tych ubiegłego stulecia, zawód kelnera cieszył się wielkim prestiżem społecznym, a elita tego fachu stawiana była na wysokim poziomie.

W przeciwieństwie jednak do dzisiejszych realiów, próg wejścia do zawodu był wtedy niezwykle wysoki.

Przedwojenne standardy i wymagania stawiane warszawskim kelnerom – szczególnie tym, z najwyższej półki – opierały się na żelaznych zasadach, rygorystycznej hierarchii i latach nauki.

Szkoła, terminowanie i państwowy, komisyjny egzamin zawodowy, który był zwieńczeniem praktyki, była ciężką drogą do tego zawodu.

Nie sądziłem, że kiedykowiek będzie mi dane dojść do tego poziomu.

A jednak, marzyła mi się praca w prawdziwej restauracji, a może nawet w restauracyjnym barze.

Kawiarnia była miła i praca nawet nie ciężka, ale to było zbyt słodziutkie, zbyt na dziennym widoku i w sumie dość monotonne.

I nawet fakt, że pracowałem w jednej z najlepszych, a może nawet najlepszej – obok Loursa – kawiarni w Warszawie, nie poprawiał mi humoru.

Zawód kelnera, a jeszcze bardziej barmana był, w moim głębokim przekonaniu, nobilitacją, która pozwoliłaby mi się dostać do serca tego zaklętego kręgu.

Chodziłem więc i pytałem, ale mimo starań, okazja nie nadchodziła.

Wreszcie, w 1938 roku, dostałem wymarzoną pracę jako uczeń kelnerski w wielkim Hotelu Europejskim księcia Seweryna Czetwertyńskiego.

Hotel Europejski
Hotel Europejski w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu w latach 30-tych.
Bal w Hotelu Europejskim
Bal w Hotelu Europejskim w 1937 roku.

Zaliczono mi pracę pikolaka u Lardelli’ego!

Byłem więc kelnerskim uczniem!

I to nie byle gdzie, ale w głównej restauracji hotelowej, gdzie nawet z mojej, niskiej pozycji, można się było napatrzeć na wytworny świat gości, wśród których nie brakowało arystokracji, generalicji, ludzi wielkiego interesu i świata artystycznego, a nawet dygnitarzy rządowych.

Musiałem się dobrze spisywać i chyba rzeczywiście szło mi niezgorzej, skoro niedługo po rozpoczęciu pracy, starzy kelnerzy powierzali mi już różne funkcje, dzięki którym uczyłem się kelnerskiego fachu.

Późnymi wieczorami, gdy kończyłem pracę i szedłem Krakowskim Przedmieciem w kierunku mojego mieszkania na Piwnej, czułem radość, że mam taką pracę. To uczucie pamiętam do dziś!

Kamienica na Piwnej 41
Kamienica na Piwna 41 na Starym Mieście, gdzie mieszkał Stanisław Gągałka w czasie wojny.

Czułem się wyróżniony i jakby należący do elity bywającej w „moim” hotelu.

A wśród widzianych przez mnie gości byli ludzie powszechnie znani, szanowani, podziwiani i kochani.

Przychodził słynny tenor Jan Kiepura i jego żona Marta Eggerth, bywał popularny amant kina Eugeniusz Bodo, bywała osławiona Hanka Ordonówna, Loda Halama, Grossówna, Smosarska i inne.

Marta Eggerth i Jan Kiepura
Marta Eggerth i Jan Kiepura

Przychodzili pisarze z panem Kornelem Makuszyńskim, Janem Lechoniem, Słonimskim i innymi.

Ja ich – rzecz jasna – ani nie znałem ani jak dotąd, nigdy „na żywo” nie widziałem, ale stary kelner, pan Konstanty, który był moim przełożonym i jakby drugim ojcem, wyjaśniał mi kto jest kto zaznaczając:

„Zapamiętaj sobie Stasiu, kogo tu teraz widzisz! Wnukom swoim będziesz opowiadał!”

Stanisław Gągałka
Stanisław Gągałka

Biegałem więc po wielkiej, sali restauracji Europejskiego, przyglądałem się przelotem w ogromnych lustrach, oddychałem tym samym powietrzem co wytworni goście i co tu dużo gadać – całym sobą chłonąłem ten wymarzony świat.

Aż mi się w głowie kręciło od tych nazw, od najróżniejszych wymagań, uwag i życzeń.

Słuchałem o skomplikowanej sztuce nakrywania stołu, składania serwet, ustawiania kieliszków, czarek, pucharków, sztućców, o tajemnicach podawania różnych wspaniałych dań, doboru win, trunków i deserów.

Na wiosnę 1939 roku przyszedł wreszcie czas mojego końcowego egzaminu.

Miałem zostać pełnoprawnych kelnerem!

Trząsłem się trzeba powiedzieć, jak nie przymierzając nóżki w galarecie, czy ryba w auszpiku, ale egzamin zdałem – i jak mi powiedziano – celująco!

Było się więc z czego cieszyć i co celebrować, więc celebrowaliśmy więc całą noc. Nie posiadałem się ze szczęścia!

Czułem, że osiągnąłem poziom, o którym tak niedawno tylko marzyłem.

Ale nie było czasu na zbyt długie zabawy, bo w interesie ruch był niebywały.

Ludzie czuli zbliżającą się wojnę i folgowali sobie we wszystkim.

Rozdział II — Wojna

Lokale były przepełnione i pomimo rzek alkoholu, muzyki i parady wykwintnych dań czuło się narastające napięcie, które na przekór rzeczywistości próbowano zagłuszać.

W ciągu dnia było kopanie rowów, gromadzenie zapasów, obmyślanie planów, ale wieczorami zapominano o wszystkim i bawiono się bez umiaru.

Kopanie rowów
Kopanie rowów w Warszawie. Wrzesień 1939 roku.

Chociaż ruch w lecie był zazwyczaj mniejszy, to w tym roku było inaczej. Wielu nie wyjechało na wakacje.

Ostatnie tygodnie sierpnia były więc w Europejskim tak ruchliwe, że dosłownie padaliśmy ze zmęczenia. Inna rzecz, że kieszenie puchły nam od napiwków, a czasu na ich wydawanie nie było.

Cały ten zwariowany ruch restauracyjny runął pierwszego września.

Ulice Warszawy
Wrzesień 1939 roku. Ulice Warszawy.

Ogólna nerwowość, wyjazd władz, ewakuacja ministerstw i urzędów, brak policji i zasypane papierami ulice.

Bombardowania, barykady, ulice pocięte rowami, pierwsze pożary, syreny i walące się budynki, radiowe komunikaty i desperacko biegający ludzie – wszystko to było jakąś niezrozumiałą gehenną, która przeszła jakiekolwiek oczekiwania.

Nic już nie było ważne, bo dramat wzmagał się z minuty na minutę.

Krwawa obrona miasta, ciągłe naloty, ogólny rozgardiasz, łzy i ginący ludzie! Cóż wobec tej monstrualnej zmiany znaczyły dawne emocje, sprawy, marzenia i namiętności? Nic, albo prawie nic! Teraz ważne było przetrwanie!

Wielu wyjechało na wschód, ale ja zostałem.

Byłem przekonany, że powinien zostać, i że tu, w Warszawie, będę bardziej potrzebny niż na zatłoczonych drogach, którymi rzesze spanikowanych ludzi dążyły ku jakimś punktom zbornym gdzie jakoby miano organizować zbrojne oddziały.

To było pierwszego września i pierwsze bomby spadły już na miasto.

Rozgardiasz i panika szerzyła się z szybkością stepowego pożaru. Akurat kończyła się nocna zmiana gdy usłyszeliśmy samoloty, gwizd bomb i przerażające wybuchy.

Przycisnąłem się do muru. Wszędzie słychać było krzyki, widać biegnących ludzi… Miałem wrazenie, że świat oszalał!

Następnego dnia, pierwszy raz, nie poszedłem do pracy i nawet o tym nie myślałem, bo nieustanne komunikaty i ryk pikujących samolotów oznajmiał zmianę wszystkiego.

Wszyscyśmy już wyraźnie wiedzieli, że nic, dosłownie nic, nie będzie już takie jak kiedyś.

Potem usłyszeliśmy wiadmość o wyjeździe prezydenta, rządu i naczelnego wodza.

Apelowano też do wszystkich zdolnych do noszenia broni o natychmiastowe opuszczenie miasta i udanie się na wschód, gdzie mieli zostać zmobilizowani.

Z tym, dość dziwnym apelem, nie wszystko było jasne, bo nikt nie wiedział gdzie ma iść i gdzie się zgłaszać, ale i tak następnego dnia wielu zaczęło opuszczać Warszawę.

Ale nie ja.

Zostałem i jak się okazało dobrze zrobiłem. Już na drugi dzień po południu zaczął się atak na Wolę i razem z dwoma kolegami z pracy, byliśmy na barykadzie.

Już nie przy restauracyjnym stoliku, tylko na barykadzie! Przepełniała mnie radość!

Te pierwsze dwa tygodnie września, a potem rozpaczliwe dni aż do kapitulacji Miasta były dla nich niewyobrażalną mieszaniną codziennych dramatów.

I pomimo,że śmierć ocierała się o mnie kilka razy, to cały czas miałem, dziwną, niewzruszoną pewność, że wyjdę z tego cały.

Atak na Woli był ciężką próbą.

Jednocześnie, wstąpił we mnie jakiś szaleńczy duch!

Po sześciu latach w kawiarniano-restauracyjnych pieleszach, gdzie praca była uregulowana, jedzonko – i to niezłe – na stole, a napiwki zastępowały niemal pensję, poczułem się jak dziki zwierz wypuszczony nagle z klatki.

Nabierałem powietrza wolności, aż do zawrotu głowy, a że to powietrze było wojenne, krwawe, dzikie i rozwichrzone, więc chodziłem, a raczej biegałem z radością, entuzjazmem i bez lęku.

Zmiana nastąpiła później, gdy już po kapitulacji i wkroczeniu do Miasta zwartych oddziałów Wehrmachtu, codzienna nędza przydusiła do ziemi wszystkich nas, którzy zostaliśmy w zruinowanej Warszawie.

No więc następnego dnia po wejściu Niemców poszedłem z powrotem do Europejskiego, ale tam rzeczy miały się całkiem inaczej niż przed miesiącem i nie było gości tylko wszędzie nieopisany bałagan, gruzy i zniszczenia. Sprzątano tu i tam, próbowano coś organizować, ale ludziom wszystko leciało z rąk i serca do roboty nie mieli.

Trochę inaczej było, o dwa kroki przez ulicę, w Bristolu, który jakoś nie ucierpiał, ale tam rozlokowali się już Niemcy i restauracja pełna była mundurów i wrzaskliwych rozmów.

Wejście do Hotelu Bristol
Wejście do Hotelu Bristol. Wrzesień 1939 roku.

Wieczorem wyszedłem na spacer. Niedaleko majaczyły kikuty Zamku, a wszędzie czuć było spaleniznę i odór końskich trupów.

Palący się Zamek Królewski
Palący się Zamek Królewski w Warszawie. Wrzesień 1939.

Nie mogłem się uwolnić od myśli, że pierwszy raz w życiu zrobiłem coś naprawdę ważnego.

Moje dotychczasowe prace, podawanie słodyczy i kawki, a nawet późniejsza, wymarzona praca w wielkim hotelu i ostatecznie zdany egzamin kelnerski – wydały mi się nagle niewiele znaczącymi sprawami.

I w tym momencie przypomniałem sobie niemieckich oficerów i ich szczekliwe rozmowy w Bristolu! Polskim Bristolu!

Nagle zobaczyłem szybko idącą postać. To był Oleś, kumpel z sąsiedniej kamienicy. Nie widzieliśmy się od tamtych, pierwszych dni.

Nawet nie wiedziałem, czy Oleś żyje i gdzie się podziewa, a teraz zobaczyłem go idącego szybkim krokiem od strony Rynku.

-Fukiera rabują – Oleś trząsł się z oburzenia – wynoszą wina, auta stoją i ładują! Szwaby przeklęte! Rządzą się jak u siebie, a na jutro szykują w Alejach defiladę! Wiem na pewno! Hitler ma być! Już teraz pozamykali ulice. Słyszane to rzeczy Stasiek?! Mówię ci, że ja im nie odpuszczę!

Winiarnia Fukiera
Kamienica na Rynku Starego Miasta, gdzie mieściła się i mieści Winiarnia Fukiera.

I to był pierwszy raz kiedy zaczęliśmy rozmawiać o konspiracji. Oleś siedział w niej już od przeszło tygodnia i widać było, że uważa się za „starego konspiratora”.

I na tej rozmowie się nie skończyło, bo potem było zaprzysiężenie, górnolotne słowa i poważne, nabrzmiałe patriotyzmem twarze.

Trochę się wahałem. Oprócz Olesia nie znałem nikogo. Nawet jego znałem tylko z ulicy…

Ta odświeżona nagle znajomość z Olesiem była dla mnie ważna, a nawet decydująca, bo właśnie przez niego wstąpiłem do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polski.

To był początek, myśli były gorące i serce płonęło, ale głód doskwierał, a jedzenia nie było.

Trzeba było pomyśleć o powrocie do pracy.

Na ulicach powstawały kramy, stragany i sklepiki i wszyscy czymś handlowali, ale za darmo nie dawano.

Parę miesięcy później zaczęto organizować rozdawnictwo posiłków, ale narazie, w początkach października 39-go nic takiego jeszcze nie było.

Zaczęło być trochę głodno.

Mimo kontroli, restrykcji i ciągłego niebezpieczeństwa moja gospodyni jeździła, organizowała, a nawet z biegiem czasu wzięła sobie do pomocy dwie dziewczyny.

Tam gdzie mieszkałem na Piwnej 41, tłoczyły się jeszcze dwie rodziny, które we wrześniu potraciły swoje mieszkania. Ciasno było do zwariowania, ale – nie można powiedzieć – dość wesoło. Inna rzecz, że prawie tam nie mieszkałem.

Wpadałem, wypadałem i cały czas byłem w ruchu i szukałem jakiegoś zarobku.

W Europejskim nie było już czego szukać, bo cały hotel ledwo dyszał po wrześniowych bombardowaniach, a to co zostało, opanowali Niemcy i podobnie jak w Bristolu napełniali restauracyjne sale wrzaskliwymi śmiechami, swoją muzyką i upojonymi podbojem, śpiewami.

Ważniejsze było to, że ani w Europejskim ani w Bristolu miejsca już dla mnie nie było. Kierownik sali szepnął mi żeby przyszedł za jakiś czas, bo narazie miał komplet, a przecież nikt nie wiedział jak się sprawy rozwiną.

Chodziłem więc od drzwi do drzwi i pytałem. Zupełnie tak jak wtedy, gdy przed sześcioma laty, po przyjeździe do Warszawy, szukałem roboty.

Teraz byłem wykwalifikowanym kelnerem, znałem się na pracy, ale czułem, że wobec powszechnego niedożywienia, wobec walki o każdy dzień i ogólnej przeraźliwej biedy wszystkie moje doświadczenia są bez żadnego znaczenia.

Wielkie rany zruinowanych budynków, wszechobecne gruzowiska, a nade wszystko świadomość tysięcy zabitych przytłaczała do ziemi.

Szwędałem się po ulicach i patrzyłem na to wspaniałe miasto, które kiedyś przyjęło mnie z szeroko otwartym rękami, dało pracę i życiowy start, a teraz na moich oczach płakało krwawymi łzami.

Warszawa dyszała jak ciężko raniony człowiek, który chce przetrwać, przezwyciężyć ból i żyć!

Wszyscy chcieli żyć i wszędzie widać było ruch otwieranych interesów i handlu.

Rozdział III — Okupacja niemiecka. Powstanie.

W marcu 1941 roku, zacząłem pracować w Hotelu Bristol.

Miałem tam pozostać aż do Powstania w 1944.

W 1942 – znowu dzięki Olesiowi – wstąpiłem w szeregi AK – a konkretnie – do zgrupowania 1653 należącego do V Rejonu VI Obwodu Praga „Turek”.

Komendantem V Rejonu był rtm/mjr Mieczysław Jeżewski – właśnie „Turek”, od którego to pseudonimu wziął się kryptonim Rejonu.

Moim bezpośrednim dowódcą był ppor. Lucjan Smodrzewski, pseudonim „Wicher”, który – podobnie jak ja – mieszkał na Piwnej.

Dzień wybuchu Powstania pamiętam jakby to było wczoraj. To był wtorek, pierwszego sierpnia.

Warszawa 1 sierpnia 1944
Warszawa 1 sierpnia 1944 r

Przybiegł Oleś i powiedział mi, że Powstanie wybuchło, ale że nie mam iść do mojego zgrupowania na Jagiellońską, tylko zgłosić się do 104 kompanii Związku Syndykalistów Polskich zgrupowania Majora Stanisława Błaszczaka czyli „Roga”, na Starym Mieście, na Świętojerskiej.

Dowódcą mojej kompanii, był ppor. „Wroński”, czyli Kazimierz Puczyński, a jego zastępcą – por. Witold Potz pseudonim „Koperski”.

Ja dostałem pseudonim „Gondola” i przydzielono mnie do 3. plutonu szturmowego.

Dowódcą teog plutonu był ppor. Józef Dołęgowski pseudonim „Leśniewski”.

Jeszcze tego samego dnia – tj. 1 sierpnia – zajęliśmy niemiecki szpital, który mieścił się w budynku szkoły przy ulicy Barokowej tuż obok Ogrodu Krasińskiego i Długiej.

Kilka dni wcześniej Niemcy ewakuowali stamtąd chorych i rannych żołnierzy, ale pozostawili obronną załogę, w liczbie około pięćdziesięciu żołnierzy, których wzięliśmy do niewoli.

Wypadki toczyły się jak lawina.

Braliśmy udział w walkach o zdobycie Wytwórni Papierów Wartościowych, o szkołę na Rybakach, w rejonie Zamku, katedry św. Jana i kościoła Jezuitów.

Walczyliśmy w reducie 104 kompanii – czyli Domu Profesorskim na Brzozowej 12.

Nie było czasu na spanie, jedzenie, odpoczynek i w ogóle na nic!

Miniony czas wykwintnych restauracji, wyszukanych przyjęć, win i koniaków stał mi się tak odległy i nierealny jakby nigdy nie istniał!

A przecież to było tak niedawno!

Sierpień 1944 roku to był czas, którego nie mogę porównać z niczym! To było życie w innej rzeczywistości! Nieomal na innej planecie!

Ale żyliśmy! I to było najważniejsze!

1 września, w czasie osłony północnej strony Placu Krasińskich – między pierwszą a drugą po południu – na ulicy Świętojerskiej – zostałem ranny w nogę odłamkiem z granatnika.

Sanitariuszki odprowadziły mnie do kanału na Długą róg Miodowej i tą drogą dotarłem do Śródmieścia.

Tam udało mi się dostać do szpitala na Drewnianej, ale to już był ostatni czas, bo straciłem dużo krwi i sądziłem, że śmierć nadchodzi.

W szpitalu doprowadzono mnie do jako takiego porządku.

A Powstanie dogorywało.

Jeszcze na Mokotowie i Żoliborzu trwały ostatnie, desperackie walki, jeszcze walczono o Przyczółek Czerniakowski, jeszcze lała się krew Powstańców, ale nikt już nie miał złudzeń, że to koniec.

W końcu, z początkiem października podpisano kapitulację i zaczęła się ewakuacja Miasta.

Zapakowano nas do EKD i powieziono w kierunku Pruszkowa. Mdlałem kilka razy, ale na szczęście znalazła się woda i jakoś dochodziłem do siebie.

A potem, wraz z kilkoma innymi uciekłem z wagonu. Pomógł mi kolega ze 104 kompanii, Rysiek Gogól, który zawlókł mnie do domu swojej rodziny w Milanówku i tam ukrył.

Moja rana znowu zaczęła krwawić, ale po paru tygodniach doszedłem do siebie.

Wtedy też dowiedziałem się, że pan Wincenty Flisiak, który w Sochaczewie prowadził restaurację „U Wicka”, szuka kogoś do pracy.

Rozdział IV — Restauracja ”U Wicka” – Sochaczew

To jest to – myślałem z ulgą i bardzo naiwinie – wrócę do zawodu i będzie dobrze.

Ale restauracja w Sochaczewie nie była tym czego oczekiwałem.

Restauracja U Wicka
Restauracja „U Wicka” w Sochaczewie. Zdjęcie pochodzi z lat 60-tych.
Wincenty Flisiak
Wincenty /Wicek/ Flisiak – wuj Józefy Michalak. Rok 1944.

Jesienią 1945 roku ożeniłem się z młodziutką siostrzenicą pana Flisiaka – Ziutką Michalakówną.

Dzień ślubu
20 października 1945. Sochaczew. Dzień ślubu.

W pierwszym rzędzie od lewej:

Sześcioletni Witold Flisiak, syn Wincentego, jego matka Irena Flisiak, żona Wincentego, panna młoda – Józefa z Michalaków Gągałka, jej mąż Stanisław Gągałka, nieznany mężczyzna.

Drugi rząd od lewej:

Nieznany, Wincenty Flisiak i dalej para nieznana

Przed restauracją U Wicka
Zdjęcie przed restauracją „U Wicka” w Sochczewie. Rok 1945. Od lewej: Józefa /Ziutka/ Michalak, jej wuj Wincenty Flisiak, właściciel restauracji i jego żona Irena z domu Dalkiewicz

Pracowaliśmy razem. Ziutka w kuchni, a ja gdzie się dało, ale wiedzieliśmy, że tak dłużej być nie może.

Wojna się skończyła. Słyszało się o możliwościach jakie podobno otwierały się na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, ktoś inny mówił o Wybrzeżu…Wszędzie czuło się niepokój i chęć odbicia od wojennej nędzy i poniewierki.

Szło nowe i każdy kto miał energię i chęć, próbował się jakoś ustawić.

Tak więc, przyszedł czas i na nas.

Rozdział V — Wyjazd

W 1946 roku przenieśliśmy się na Wybrzeże, gdzie dostałem pracę w sopockim Grand Hotelu, ale już następnego roku, ze względu na dużo bliższy dojazd, przeszedłem do pracy w restauracji „Perła Bałtyku” w Nowym Porcie.

Jej właścicielem był podówczas niejaki Janiszewski.

Ta knajpa była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. To była prawdziwa portowa spelunka, z najprzeróżniejszą klientelą.

W oparach dymu tytoniowego, zapachu wódki i beczkowego piwa, podawałem węgorze, ryby i to wszystko co tylko właściciel mógł dostać od lokalnych rybaków.

Pamiętam gdy raz szliśmy wieczorem z moją Ziutką wzdłuż nabrzeża, ujrzeliśmy rozkładającego się topielca, oblepionego żerującymi na nim węgorzami. Od teog czasu Ziutka nie dotknęła węgorza i nigdy już go nie jadła.

Ceny w lokalu były niskie, ale liczył się przerób. Knajpa zawsze był pełna.

Niektórzy pili i jedli na stojąco, bufet był oblężony, a powietrze takie, że „siekierę można było zawiesić”.

W tym nieustannym gwarze, krzykach, pijackich wrzaskach i śmiechach, odchodziły interesy i geszefty, które trudno opisać.

Sprzedawano, kupowano, zamieniano, przybijano jakieś nieprawdopodobne transakcje i wszystko to było oblewane wódką serwowaną w litrowych butelkach i piwem w ciężkich kuflach.

Marynarze z zagranicznych statków mieszali się z radzieckimi żołnierzami, przybysze z najróżniejszych stron Polski szukali okazji zarobku i wyglądało na to, że w tym powszechnym pijaństwie nie ma różnic, przeszłość nie istnieje, a jedyne co wszystkich łączy to pieniądz.

Taka była „Perła Bałtyku” wiosną 1947 roku.

Pracowałem tam od świtu do nocy. Moja Ziutka była w ciąży i jak na razie siedziała w domu i starała się zagospodarować.

Wyglądało więc na to, że już-już, szczęście się do nas uśmiecha, gdy nagle zaszedł zupełnie nieoczekiwany wypadek.

Otóż do „Perły” przychodził od czasu do czasu starszy facet, który bez owijania w bawełnę, usilnie namawiał mnie na wyjazd do Ameryki.

— Pojedziesz, odkujesz się finansowo, zagospodarujesz i sprowadzisz żonkę na gotowe! Pomyśl tylko! Do czego tu dojdziesz? Jak długo będziesz tu musiał roznosić piwo i gorzałkę? Tam – w Stanach – zejdzie ci kilka miesięcy, może rok i spokojnie staniesz na nogi. A potem autko, dom, spokojne życie…Co na to powiesz?

Takie namawianie trwało jakiś czas. Na razie nic Ziutce nie mówiłem. Nie chciałem jej niepokoić. Co by to zmieniło gdyby wiedziała – myślałem, zatruty już jadem, który sączył starszy facet.

Nie wiedziałem co robić. Darłem się pomiędzy chęcią wyjazdu i obawą pozostawienie Ziutki samej, ale chęć wyjazdu przemogła. Postanowiłem zostawić jej trochę pieniędzy i list, żeby wracała do Sochaczewa, do swojego wuja Wicka i czekała na wiadomość ode mnie.

Obiecywałem jej w tym liście – chociaż tak po prawdzie – sam nie byłem tego pewny – świetlaną przyszłość w Ameryce.

Czułem się rozgrzeszony. Wszędzie krążyły plotki o możliwości kolejnej wojny, rzeczywistość była ciężka, a praca w „Perle”, dawała mi się we znaki.

Mimo to, nie podjąłbym decyzji gdyby nie to, że jednego wieczoru ów starszy facet, wpadł do restauracji i nerwowym szeptem zaczął mówić, że już dziś wypływa statek do Ameryki, że nazywa się „Victory” i muszę się zaraz decydować.

Tak więc zdecydowałem się i poszedłem za nim. Tak jak stałem. Zdjąłem tylko kelnerską bluzę i udaliśmy się do portu.

Już z pewnej odległości ujrzałem „mój” statek. Znałem takie. Przypływały z ładunkami pomocy UNRRA.

Statek Victory
Statek „Victory”

To był jeden z kilkunastu amerykańskich statków, które przywoziły do Polski dary UNRRA. Ten przywiózł ładunek koni i bydła i właśnie wracał pusty do Ameryki.

Było więc miejsce dla kilkunastu pasażerów.

Zapłaciłem temu starszemu facetowi umówioną wcześniej stawkę i weszliśmy na pokład, a on witał się z załogą i widać było, że się znają. Później zniknął. Jak mi powiedziano, wysiadł…

Byłem w ogromnej rozterce, która jednak mijała, bo z chwilą odbicia od nabrzeża, moja decyzja o Ameryce umacniała się i czułem, że robię dobrze.

Już wtedy podałem się jako Rawicz. To było nazwisko, które postanowiłem przyjąć na stałe.

Rejs zaczął się dla mnie w prawie zupełnej ciemności, bo siedziałem głęboko pod pokładem, ukryty przed patrolem Wojsk Ochrony Pogranicza, które skrupulatnie kontrolowało, czy ktoś nie ucieka z Kraju.

Po dłuższym czasie wyszedłem, ale pokład był pusty. Trochę kołysało. Usiadłem w kącie i zasnąłem.

Zbudził mnie hałas, jakieś krzyk i nagle zobaczyłem wokół siebie mundury i kazano mi wychodzić.

Tego się nie spodziewałem. W swojej naiwności myślałem, że statek dowiezie mnie wprost do Nowego Jorku, do Ameryki.

Na nabrzeżu czekali już angielscy oficerowie.

Jak się okazało byliśmy w Kilonii. To była brytyjska strefa okupacyjna. Brytyjczycy kontrolowali ruch na Kanale Kilońskim. Wszystkie statki, w wśród nich amerykańskie statki „Victory” przywożące do Europy dary UNRRA, musiały płynąć tą drogą.

Bez jednego słowa przewieziono mnie do jakiejś willi. Wraz ze mną był tam jeszcze jeden mężczyzna, który przedstawił się jako major Skalski.

Ja cały czas używałem nazwiska Rawicz i tak się jemu przedstawiłem.

Pilnowali nas brytyjscy żołnierze z Royal Military Police.

Skalski mówił, że to byli żandarmi z Portowej Żandarmerii Wojskowej oddelegowanej do ochrony portu.

Wtedy też, nastąpił dziwny, trudny do wytłumaczenia czas.

Pewnego dnia usłyszałem głos, który coś do mnie mówi, ale nikogo nie widziałem. Wrażenie było tak silne, że aż podskoczyłem. Jakby tuż przede mną stał ktoś niewidzialny i mówił do mnie bardzo wyraźnie i dobitnie.

Mówił wyraźnie, ale nie mogłem go zrozumieć!

W tym momencie poczułem, że mózg wycieka mi z głowy. To też było przerażająco wyraźne. Poczułem ból i zemdlałem. Ktoś uderzył mnie silnie w twarz. W uszach miałem szum, który narastał.

Na drugi, czy trzeci dzień, niemiecka policja przewiozła mnie do sądu w Lubece, gdzie oświadczono mi, że za nielegalne przekroczenie granicy dostaję 7 miesięcy więzienia.

W Lubece trzymano mnie dwa miesiące, a następnie przewożono z więzienia do więzienia – zawsze w jakichś ciemnych piwnicach.

Cały czas miałem dziwny szum w uszach i słyszałem niezrozumiałe rozmowy, które chwilami były tak wyraźne, że krew krzepła mi w żyłach.

Ostatnie więzienie było w Rendsburg, gdzie siedziałem 4 miesiące.

Stamtąd przewieziono mnie do niemieckiego szpitala w Lubece i umieszczono w drewnianym baraku, gdzie poddano mnie transfuzji krwi.

Zostałem przywiązany pasami do łóżka.

Na drugim łóżku koło mnie leżał jakiś człowiek z zasłoniętą twarzą. Spytałem wtedy co mi będą robić.

Niemiecki lekarz wyjaśnił, że będą mi przetaczać krew, ale nic więcej nie wie, bowiem robi to co mu Anglicy karzą.

Po tej transfuzji nie wiedziałem kim jestem, nie rozpoznawałem swoich rąk, gdzie jestem i po co.

Nie pamiętałem momentu zwolnienia, ani drogi do Polski. Jedynym przebłyskiem było to, że jechałem jakąś ciężarówką, wokół było ciemno, a potem pamiętam zimno i ciszę.

Zdaje mi się, że wtedy nie słyszałem już tego szumu w uszach.

Pamięć i świadomość wróciły mi jakiś czas potem, gdy znalazłem się w Połczynie Zdroju.

Tam spotkałem się z moją Ziutką.

Pod koniec 1947 wróciliśmy do Warszawy i zamieszkali na ulicy Madalińskiego na Mokotowie.

Rozdział VI — Powojenna Warszawa

Wtedy też, dostałem pracę w restauracji Stanisława Żelazki na ulicy Widok 26.

Żelazko był starej daty restauratorem. Przyjmując mnie do pracy jako kelnera wiedział gdzie pracowałem. Popatrzył na mnie i powiedział:

—To nie jest Europejski! Będziesz się musiał przyzwyczaić.

Nie powiedziałem mu ani o Sochaczewie, ani o „Perle Bałtyku”, więc nie wiedział, że otrzaskałem się już z takimi lokalami.

Żelazko miał rację. Knajpa, którą prowadził nastawiona była na tanie dania i skromną klientelę, ale ruch był niebywały i trzeba powiedzieć, że prawie nie dawałem rady, bo to była praca cały czas w ruchu, niemal w biegu, z ciężkimi półmiskami na ręku i w oparach papierosowego dymu.

Pół roku później przyszła na świat nasza Krysia.

Dzień chrztu Krysi Gągałki
Dzień chrztu Krysi Gągałki

Jadwiga Gawlak – matka chrzestna, Zdzisław Nidzgorski – ojciec chrzestny, Stanisław Gągałka, Józefa Gągałka, a na środku Krysia. Rok 1949.

Wtedy też znalazłem dla nas ładne miejsce w Marysinie Wawerskim i mogliśmy się wyprowadzić z zatłoczonego mieszkania na Madalińskiego.

Dojazd z Marysina na Widok był trochę kłopotliwy, ale to było do wytrzymania.

Panu Żelazko nie powiedziałem ani słowa o moim pobycie w Niemczech. Ani jednego słowa!

Rok 1948 to już była pełnia stalinizmu. Ludzie bali się własnego cienia. O tym co się działo w czasie wojny, gdzie się było, co robiło i z kim spotykało, lepiej było milczeć.

Lepiej było milczeć, niż gadać i opowiadać, a potem zobaczyć funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w swoich drzwiach.

W drugiej połowie roku powiało prawdziwą grozą, bo rząd rozpoczął tak zwaną „bitwę o handel”. Polegała ona na gnębieniu prywatnych przesiębiorców przez nakładanie na nich ogromnych domiarów, niebotycznych kar i mandatów. Kontrole były na porządku dziennym.

Pam Żelazko szarpał się, próbował płacić, przetrwać, ale nie dał rady. Padł jak wielu mu podobnych.

Jego restauracja na ulicy Widok przestała istnieć, a ja znowu byłem bez pracy.

Znowu wyjechaliśmy na Wybrzeże. Do Sopotu. Tym razem już we trójkę z moją małą córeczką.

W Grand Hotelu przyjęli mnie jak starego znajomego.

Grand Hotel, Sopot
Grand Hotel, Sopot
Sopot 1948
Sopot 1948. Na molo. Józefa i Stanisław Gągałkowie z maleńką Krysią.

Mimo to tęskniliśmy za Warszawą.

Wróciliśmy w 1949 i prawie od razu dostałem pracę w podziemnej restauracji „Kaskada” na ulicy Kniewskiego, dawnej Złotej.

Józefa Gągałka z córką Krysią
Józefa /Ziuta/ Gągałka z córką Krysią. Rok 1949.

W „Kaskadzie” lokal urządzony był w podziemiu.

Schodziło się dość stromymi schodami, które dla niektórych były sporym wyzwaniem, zwłaszcza po alkoholu, ale za to piwnice były ogromne i miejsca było do woli.

Sporym minusem była słaba wentylacja, która dawała się we znaki. Dym papierosowy zalegał cały lokal i aż gryzł w oczy.

Paliłem wtedy dość dużo, ale pracując w „Kaskadzie” mógłbym w ogóle nie palić, bo samo przebywanie w tej „dymowej komorze” było paleniem.

Nad razem, gdy o czwartej zamykano, a ja po rozliczeniu się wychodziłem wreszcie na ulicę czułem się jak pijany. Świeże powietrze uderzało mi do głowy, oczu, płuc! Oddychałem!

Szedłem wolno w kierunku Hibnera, a potem skręcałem w Aleje, które wtedy nazywały się jeszcze Alejami Sikorskiego i starałem się złapać pierwszy tramwaj idący na Pragę.

Mieszkaliśmy wtedy w bardzo miłym dworku, należącym przed wojną do państwa Wapińskich.

Front domu Wapińskich
Front domu Wapińskich w Marysinie Wawerskim. Rok 1955. Jedyne, zachowane zdjęcie fragmentu tego budynku. W środku stoi Krysia Gągałka.

Wapińscy, byli wielkimi dobrodziejami klasztoru, bowiem w 1922 roku, Maria i Jan Wapińscy podjęli historyczną decyzję i ofiarowali znaczną część swojej ziemi – kilkanaście hektarów – Zgromadzeniu Sióstr Felicjanek.

Siostry wybudowały na tym terenie klasztor, szkoły, sierociniec św. Feliksa oraz monumentalny kościól ukończony tuż przed wojną w 1939 roku.

Kościół Sióstr Felicjanek
Kościół Sióstr Felicjanek w Marysinie Wawerskim na przełomie trzydziestych i czterdziestych.

To właśnie tu, 22 września 1939 roku, przyjechał Adolf Hitler. Towarzyszyli mu Erwin Rommel i Heinrich Himmler. Hitler wszedł na wieżę nowo wybudowanego kościoła, skąd obserwował ostrzał artyleryjski broniącego się Grochowa i Warszawy.

Hitler na wieży kościoła
Hitler na wieży kościoła kościoła w Marysinie Wawerskim. Wrzesień 1939 roku.

Nasze mieszkanie w dworku Wapińskich było lokalem komunalnym, bo cały dworek i obejście, objęła nacjonalizacja. Dom podzielono na parę mieszkań. Wapińscy zajmowali jedno z nich. a nam i innym lokatorom też przydzielono po małym mieszkaniu.

Dworek otaczał wspaniały park, stuletnie drzewa i piękne obejście. Tuż obok był też wspaniały sosnowy las, więc powietrze było balsamiczne.

Krysia Gągałka około 1955
Krysia Gągałka około 1955 roku. Marysin Wawerski

Dla moich płuc zatrutych w czasie pracy w „Kaskadzie” to była prawdziwa klinika, która odnawiała zatruty organizm.

W 1950 roku Ziutka była w drugiej ciąży, mała Krysia biegała po parku, sąsiedzi byli mili i uczynni, a ja czułem, że właśnie tu, w tym balsamicznym otoczeniu, dochodzę wreszcie do siebie.

O moich przejściach z angielskim wywiadem nie chciałem nawet myśleć, ale mimo to bywało, że budziłem się z ciężkiego snu z krzykiem i zlany zimnym potem siadałem na łóżku, a Ziutka starała się mnie uspokoić.

W 1951 roku urodził się nam synek Waldek i radość była ogromna, ale była jedna rzecz, która wzbudziła mój niepokój.

Otóż do „Kaskady” zaczął przychodzić facet, który usilnie namawiał mnie na współpracę z aparatem bezpieczeństwa.

Nagabywał mnie kilkakrotnie, wreszcie oświadczył, że oczekuję mojej definitywnej deklaracji.

Minął tydzień. Cały ten czas spałem po dwie godziny na dobę, nie mogłem jeść i moja Ziutka bała się, że zachorowałem.

A ja biłem się z myślami. Miałem przecież na utrzymaniu rodzinę! Żonę i dwoje małych dzieci! Z drugiej strony nie mogłem się na tę współpracę zgodzić! W żadnym wypadku!

Poza wszystkim, byłem żołnierzem i powstańcem i jakakolwiek współpraca z komunistami-okupantami była dla mnie nie do pomyślenia!

Zdecydowałem się odmówić. Powiedziałem o wszystkim żonie, a ona poparła moją decyzję.

Gdy tajniak znowu pojawił się w lokalu i zaczął pytać, powiedziałem mu wprost, że nie nadaję się na kapusia i żeby na mnie nie liczył.

—Będziesz żałował – odpowiedział ze złym uśmiechem.

Kilka dni potem wyrzucono mnie z pracy.

Zaczęły się ciężkie dni i tygodnie. Próbowałem się gdzieś zaczepić, ale bez skutku. Wszędzie żądano życiorysu i poświadczenia z ostatniego miejsca pracy, po czym było kilka dni czekania i w końcu odmowa.

Wreszcie udało mi się zaczepić w mokotowskiej restauracji „Złota Rybka” na Puławskiej.

Złota Rybka
Restauracja Wzorcowa – Złota Rybka w Warszawie w roku 1961.

To było już 1955 roku.

W lipcu odbywał się Światowy Festiwal Młodzieży – pierwsze, ostrożne otwarcie Żelaznej Kurtyny i pierwszy powiew Zachodu.

Czuło się już bardzo wyraźnie, że idzie nowe.

Stanisław Gągałka z córką Krysią
Stanisław Gągałka z córką Krysią. Rok 1957.

Pracując w „Złotej Rybce” cały czas miałem uczucie, że to jest praca tylko na przetrwanie. Byłem pewny, że otworzy się lepsza możliwość i wrócę do mojego Europejskiego albo Bristolu.

A potem był Październik 1956 roku i wszystko zaczęło wyglądać jaśniej!

Rozdział VII — Grand Hotel, Europejski i Victoria

W 1958 roku dostałem pracę w świeżo otwartym, luksusowym hotelu Grand na ulicy Kruczej.

Grand Hotel w Warszawie
Grand Hotel w Warszawie. Rok 1959.

Zaczęły się dla nas naprawdę dobre czasy, bo realia polityczne były już wtedy zupełnie inne.

To była Polska popaździernikowa, Polska, która zaczęła oddychać! Po dusznej nocy stalinowskiej zaczynały się lepsze lata.

Praca w Grandzie dawała możliwość kontaktów z zagranicznymi gośćmi, a to oznaczało dobre napiwki i inne apanaże…

Dwa lata wcześniej przeprowadziliśmy się z dworku Wapińskich do własnego domu na ulicy Storczykowej w Marysinie.

Byliśmy więc na swoim!

Zupełnie na swoim!

W Grand Hotelu pracowałem do 1967 roku i wówczas, zostałem przeniesiony służbowo do Europejskiego, który tak jak Grand i Bristol, a także kilka innych hoteli i restauracji, podlegał Orbisowi.

Grand Hotel na Kruczej
Grand Hotel w Warszawie na ul. Kruczej. Lata 60-te.

Znowu byłem tam, gdzie niemal trzydzieści lat wcześniej, zaczynałem jako uczeń! Czułem się jak w domu!

Tym razem jednak, nie poszedłem do pracy w restauracji, tylko do nocnego klubu zwanego „Kamieniołomy”, do którego wchodziło się od ulicy Ossolińskich.

W tamtych czasach, to był bez wątpienia najlepszy nocny lokal w Warszawie.

Znowu lałem szampana, podawałem wspaniałe chateaubriandy, kawior i inne delicje, ale klientela był całkiem inna niż wtedy, gdy zaczynałem pracę w 1937 roku!

Inna klientela i inne zachowania.

No cóż – musiałem się przyzwyczaić.

Lata 70-te przyniosły rodzinne zmiany, bowiem moje dzieci wstąpiły w związki małżeńskie i zaczęły się rodzić wnuki.

W 1978 roku zostałem przeniesiony służbowo do nowootwartego hotelu „Victoria”, który podobnie jak Europejski podlegał Orbisowi.

To była praca w hotelowym klubie nocnym „Czarny Kot”.

Stanisław Gągałka w 1978 roku
Stanisław Gągałka w 1978 roku.

Zostałem tam do 1984 roku, czyli do przejścia na emeryturę.”

Pełna lista potomków Józefa Gugały /Gągałki/

POKOLENIE 1

  • 1. JÓZEF GUGAŁA
    • Współmałżonek: Antonina Ostrzyżek
    • Dzieci:
      • 2. i. KAROL GUGAŁA (ur. 1800 – zm. 1854) [Patrz pok. 2, nr 2]

POKOLENIE 2

  • 2. KAROL GUGAŁA
    • Współmałżonek 1: Ewa Klacz
    • Współmałżonek 2: Salomea Korda
    • Dzieci (ze związku z Ewą Klacz):
      • 3. i. MIKOŁAJ GĄGUŁKA (ur. 1842) [Patrz pok. 3, nr 3]
      • ii. MARIANNA GĄGAŁKA
      • iii. BARBARA GĄGAŁKA

POKOLENIE 3

  • 3. MIKOŁAJ GĄGUŁKA
    • Współmałżonek: Rozalia Bakiera (ur. 1840 – zm. 1896; córka Jana Bakiery i Teresy Przybysz)
    • Ślub: 1861, w Nowodworze
    • Dzieci:
      • 4. i. ZOFIA GĄGAŁKA (ur. 1867 – zm. 1913) [Patrz pok. 4, nr 4]
      • 5. ii. PAWEŁ GĄGAŁKA (ur. 1873 – zm. 1939) [Patrz pok. 4, nr 5]
      • 6. iii. JAN GĄGAŁKA (ur. 1880 – zm. ~1917) [Patrz pok. 4, nr 6]
      • 7. iv. STANISŁAW GĄGAŁKA (ur. 1883 – zm. 1931) [Patrz pok. 4, nr 7]
      • v. ANTONINA GĄGAŁKA (Współmałżonek: Tomasz Pułka)

POKOLENIE 4

  • 4. ZOFIA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Józef Goc (ur. 1869)
    • Dzieci:
      • i. JAN GOC
      • ii. 3 INNYCH DZIECI
  • 5. PAWEŁ GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Feliksa Niebrzydowska (ur. 1879 – zm. 1961; córka Aleksandra Walentego Niebrzydowskiego i Anny Bancerz)
    • Ślub: 30 stycznia 1899, w Sobieszynie
    • Dzieci:
      • 8. i. JÓZEF GĄGAŁKA (ur. 1900 – zm. 1974) [Patrz pok. 5, nr 8]
      • 9. ii. LUDWIK GĄGAŁKA (ur. 1902 – zm. 1991) [Patrz pok. 5, nr 9]
      • iii. ZOFIA GĄGAŁKA (ur. 1905 w Woli Gułowskiej)
      • iv. ANNA GĄGAŁKA (ur. 1905 – zm. 1905)
      • 10. v. STANISŁAWA GĄGAŁKA (ur. 1911) [Patrz pok. 5, nr 10]
      • vi. MARIA GĄGAŁKA (ur. 1914 – zm. 1975) (Współmałżonek: Julian Rusek, zm. 1975)
      • 11. vii. WACŁAW GĄGAŁKA (ur. 1916 – zm. 2004) [Patrz pok. 5, nr 11]
      • 12. viii. STANISŁAW GĄGAŁKA (autor wspomnień) (ur. 1919 – zm. 2004) [Patrz pok. 5, nr 12]
      • 13. ix. HELENA GĄGAŁKA (ur. 1921 – zm. 1993) [Patrz pok. 5, nr 13]
      • 14. x. LUCYNA GĄGAŁKA (ur. 1926) [Patrz pok. 5, nr 14]
  • 6. JAN GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Marianna Latusek (zm. 1965)
    • Dzieci:
      • 15. i. ANTONI GĄGAŁKA (ur. 1913 – zm. 1980) [Patrz pok. 5, nr 15]
      • ii. TOMASZ GĄGAŁKA
      • iii. PAULINA GĄGAŁKA
      • iv. EDWARD GĄGAŁKA
      • v. LEON GĄGAŁKA
  • 7. STANISŁAW GĄGAŁKA (Sr.)
    • Współmałżonek: Katarzyna Owcarz (ur. 1888 – zm. 1971)
    • Dzieci:
      • i. HELENA GĄGAŁKA (ur. 1915 – zm. 1996) (Współmałżonek: Aleksander Rybak, 1904–1975)

POKOLENIE 5

  • 8. JÓZEF GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Helena Prządka (ur. 1918 – zm. 2010; Ślub: 1939, w Kłoczewie)
    • Dzieci:
      • 16. i. ZOFIA GĄGAŁKA (ur. 1941) [Patrz pok. 6, nr 16]
      • ii. HENRYK GĄGAŁKA (ur. 1951)
      • 17. iii. ZENON GĄGAŁKA [Patrz pok. 6, nr 17]
  • 9. LUDWIK GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Władysława Cieślak (ur. 1908 – zm. 2004; Ślub: 1930, w Woli Gułowskiej)
    • Dzieci:
      • 18. i. CZESŁAW GĄGAŁKA (ur. 1932 – zm. 2008) [Patrz pok. 6, nr 18]
      • ii. JADWIGA WANDA GĄGAŁKA (ur. 1940 – zm. 2019)
  • 10. STANISŁAWA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Antoni Bosek
    • Dzieci:
      • i. ANNA BOSEK
  • 11. WACŁAW GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Zyta Kierzek (ur. 1923 – zm. 1986)
    • Dzieci:
      • 19. i. PIOTR ANDRZEJ GĄGAŁKA (ur. 1949) [Patrz pok. 6, nr 19]
      • ii. WOJCIECH MACIEJ GĄGAŁKA (ur. 1952)
      • iii. PAWEŁ JAN GĄGAŁKA (ur. 1956)
  • 12. STANISŁAW GĄGAŁKA (autor wspomnień)
    • Współmałżonek: Józefa Michalak (ur. 1928 – zm. 2018; córka Władysława Michalaka i Heleny Flisiak; Ślub: 1945)
    • Dzieci:
      • 20. i. KRYSTYNA JOLANTA GĄGAŁKA (ur. 1948) [Patrz pok. 6, nr 20]
      • 21. ii. WALDEMAR STANISŁAW GĄGAŁKA (ur. 1951) [Patrz pok. 6, nr 21]
  • 13. HELENA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Tomasz Szczepaniak (ur. 1923 – zm. 2004)
    • Dzieci:
      • i. JAN SZCZEPANIAK (ur. w Niedźwiedziu)
      • ii. N. SZCZEPANIAK CZELEJ
      • iii. N. SZCZEPANIAK STAŃCZAK
  • 14. LUCYNA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Piotr Łaba
    • Dzieci:
      • i. ROMAN ŁABA
      • ii. ANDRZEJ ŁABA
      • iii. MIROSŁAW ŁABA
      • iv. LUCJAN ŁABA
  • 15. ANTONI GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Stefania Pyrka (zm. 2001)
    • Dzieci:
      • 22. i. JAN GĄGAŁKA (ur. 1941) [Patrz pok. 6, nr 22]
      • 23. ii. STANISŁAW WOJCIECH GĄGAŁKA (ur. 1946) [Patrz pok. 6, nr 23]
      • 24. iii. TADEUSZ JÓZEF GĄGAŁKA (ur. 1951) [Patrz pok. 6, nr 24]
      • iv. TERESA GĄGAŁKA (ur. 1952)
      • v. REGINA GĄGAŁKA (Współmałżonek: Kazimierz Stępień)

POKOLENIE 6

  • 16. ZOFIA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Stefan Dziadczyk
    • Dzieci:
      • i. MICHAŁ DZIADCZYK (ur. 1971)
      • ii. ANNA DZIADCZYK
  • 17. ZENON GĄGAŁKA
    • Dzieci:
      • i. ANNA GĄGAŁKA
      • ii. DARIUSZ GĄGAŁKA
  • 18. CZESŁAW GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Anna Jaruszewska (ur. 1932 – zm. 2018)
    • Dzieci:
      • i. JERZY GĄGAŁKA
  • 19. PIOTR ANDRZEJ GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Maria Teresa Kurzyńska (ur. 1954)
    • Dzieci:
      • i. KLAUDIUSZ SEBASTIAN GĄGAŁKA (ur. 1974)
      • ii. KAROL GĄGAŁKA (ur. 3 listopada 1978 – zm. 3 listopada 1978)
      • iii. OLIVER PETER GĄGAŁKA (ur. 1985 w Niemczech)
  • 20. KRYSTYNA JOLANTA GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Marcin Krzysztof Baraniecki (ur. 1949; Ślub: 1977; syn Kazimierza Baranieckiego i Małgorzaty Paygert)
    • Dzieci:
      • i. MATTHEW BARANIECKI (ur. 1978) [Patrz pok. 7, małżeństwo]
      • ii. PETER MARK BARANIECKI (ur. 1984) [Patrz pok. 7, małżeństwo]
      • iii. PAUL MICHAEL BARANIECKI (ur. 1984) [Patrz pok. 7, małżeństwo]
  • 21. WALDEMAR STANISŁAW GĄGAŁKA
    • Współmałżonek 1: Zofia Znój (ur. 1953; Ślub: 1977, w Vancouver; córka Wiktora Znója i Henryki Witkowskiej)
    • Współmałżonek 2: Rose Lim Geok Yan (ur. 1954 w Malezji; Ślub: 1997, w Richmond; córka Johna Lima i Wee Gek Neo)
    • Dzieci (ze związku z Zofią Znój):
      • i. KATHERENE ISABEL GĄGAŁKA (ur. 1981) [Patrz pok. 7, małżeństwo]
      • ii. JENNIFER KRISTINE GĄGAŁKA (ur. 1984)
    • Dzieci (ze związku z Rose Lim Geok Yan):
      • iii. NATALIE JANE GAGALKA (ur. 1997) [Patrz pok. 7, małżeństwo]
  • 22. JAN GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Alicja
    • Dzieci:
      • i. DARIUSZ GĄGAŁKA
      • ii. AGATA GĄGAŁKA (Współmałżonek: Michał Rygała)
      • iii. MONIKA GĄGAŁKA
  • 23. STANISŁAW WOJCIECH GĄGAŁKA
    • Dzieci:
      • i. KRZYSZTOF GĄGAŁKA
      • ii. GRZEGORZ GĄGAŁKA
  • 24. TADEUSZ JÓZEF GĄGAŁKA
    • Współmałżonek: Barbara
    • Dzieci:
      • i. IWONA GĄGAŁKA
      • ii. SEBASTIAN GĄGAŁKA
      • iii. RAFAŁ GĄGAŁKA

POKOLENIE 7

  • Małżeństwa dzieci Krystyny Jolanty Gągałki:
    • MATTHEW BARANIECKI (ur. 1978)
      • Współmałżonek: Marilyne Arsenault-Baillargeon (ur. 1986; Ślub: 2016, w Kanadzie; córka Josepha Baillargeona i Marie Arsenault)
    • PETER MARK BARANIECKI (ur. 1984)
      • Współmałżonek: Jamie Lee Nitsopoulos (ur. 1985; Ślub: 2012, w Kanadzie; córka Jamesa Nitsopoulosa i Minnie Kotsopoulos)
    • PAUL MICHAEL BARANIECKI (ur. 1984)
      • Współmałżonek: Stephanie Diana Moroney (ur. 1986; Ślub: 2016, w Kanadzie; córka Lawrence’a Moroneya i Carol Perks)
  • Małżeństwa dzieci Waldemara Stanisława Gągałki:
    • KATHERENE ISABEL GĄGAŁKA (ur. 1981)
      • Współmałżonek: Alain Milot
    • NATALIE JANE GAGALKA (ur. 1997)
      • Współmałżonek: Gary Sanghera (Ślub: 5 października 2024, w Vancouver (Kanada))